Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Dolomity

Tour de Tre Cime

NPM 10/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Stodolny
Podejście ferratą Innerkofler, w tle widoczna Torre di Toblin (2617 m n.p.m.) (fot.Grzegorz Stodolny)
Pomysł przejścia masywu Tre Cime padł od razu, gdy tylko zaplanowaliśmy wyjazd w Dolomity. Ten rejon Włoch to dla wszystkich miłośników via ferrat punkt obowiązkowy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że plan okrążenia trzech turni, przewodnikowo zaplanowany na cztery i pół godziny, zamieni się w 16-godzinną wędrówkę.

Gdy razem z Kasią i Tomkiem – bohaterami na szczęście nie serialowymi – zbliżamy się do granicy włoskiej, od razu naszym oczom ukazują się wysokie skały Dolomitów. Wielkie turnie wyrastają po lewej i prawej stronie niczym ogromne zamczyska. Krętą drogą dojeżdżamy do miejscowości Misurina – będzie ona punktem startowym naszej wycieczki, którą zatytuowaliśmy Tour de Tre Cime.
Już na powitanie czeka nas przykra niespodzianka. Wszystkie parkingi są tutaj płatne. Jedno euro za godzinę to nie jest fortuna, ale studenci zawsze liczą każdy grosz, a raczej eurocent. Wyruszamy więc na poszukiwania czegoś na naszą kieszeń. Udaje nam się znaleźć kemping, a obok niego niewielki, ale darmowy, parking razem ze stoliczkami i ławką. Miejsce idealnie nadaje się na późnowieczorne rozbicie namiotów na dziko.
– Nie będzie nas widać, a zwijamy się wcześnie rano, więc nikomu nie będziemy przeszkadzać – podsumowuje Tomek.
Pierwszego dnia robimy krótką rozgrzewkę, żeby się trochę rozruszać po podróży i poznać specyfikę tego zakątka Dolomitów. Z parkingu wyruszamy z zamiarem przejścia przełęczy pod Torre del Diavolo (2380 m n.p.m.), by następnie wrócić koło schroniska Fonda Savio (2367 m n.p.m.) prosto do Misuriny. Nazwa szczytu – „wieża diabła” – wzięła się od charakterystycznych rogów, które można podziwiać na licznych pocztówkach.
Kto pierwszy raz przyjechał w Dolomity, ten szybko zauważy, że tu szlaki oznaczone są inaczej niż w Polsce. Każda trasa ma jedynie własny numer, wokół którego widać czerwono-białe paski. Sporo wysiłku kosztuje także chodzenie po piargach. Drogi podejściowe i zejściowe to zazwyczaj wielkie żwirowiska powstałe w wyniku erozji skał. Buty do kostki, które spokojnie wystarczają na naszych rodzimych polskich szlakach, w Dolomitach zupełnie się nie sprawdzają. Jednak nie zraża nas to za bardzo, gdyż trud marszu wynagradza nam piękny widok na Tre Cime z Forcelle del Diavolo. Humor psuje nam jedynie zgubiona podczas zejścia mapa.
– No cóż, oszczędziliśmy na parkingu, a stracimy na nowej mapie – nie pozostaje nam nic innego, jak przyjąć do wiadomości niespodziewany wydatek.

Słońce dało popalić
Drugiego dnia z samego rana podjeżdżamy pod bramkę płatnej drogi z Misuriny (1752 m n.p.m.) do schroniska Auronzo (2320 m n.p.m.), która prowadzi na parking pod trzema turniami. Liczyliśmy, że uda nam się przejechać, zanim w budce pojawi się strażnik. Ale we Włoszech służby kontrolne zaczynają pracę przed godziną szóstą.
– Dwadzieścia euro – uśmiecha się do nas stróż prawa i porządku.
Tego już za wiele. Podejmujemy szybką decyzję.
– Według przewodnika „Najpiękniejsze ferraty Dolomitów” cała trasa ma trwać cztery i pół godziny. Jak dołożymy do tego dodatkowe trzy, to nic się nie stanie – zgadzam się z wyliczeniami Tomka, który kombinuje, jak zaoszczędzić 20 euro. Jedynie Kasia trochę niepewnie wzrusza ramionami.
– Najwyżej będziecie nieść mój plecak – przyznaje w końcu.
Jak się później okaże, były to jedne z najgorzej zaoszczędzonych pieniędzy w moim życiu.
Zbieramy się jak muchy w smole i na trasę wyruszamy dopiero po godzinie ósmej rano. Nie idziemy na szczęście cały czas wzdłuż asfaltowej drogi, ale szybko odbijamy do lasu. Gdy opuszczamy jego włościa i idziemy odsłoniętym terenem, zaczyna nas przypiekać poranne słońce. Dzięki wczorajszemu spacerowi, podczas którego poparzyłem sobie skórę, stanę się dzisiaj najbardziej charakterystyczną osobą na szlaku. W 30 stopniach Celsjusza przyjdzie mi chodzić w długich spodniach, soft shellu, kapeluszu, buffie na karku, rękawiczkach... Słowem, zamknąłem się niczym rycerz w zbroi, aby żadne promienie słoneczne mi już nie zaszkodziły.
Kiedy zdobywamy wysokość i przed nami wyrastają wreszcie południowe ściany Tre Cime, jestem coraz bardziej podekscytowany. Przypominam sobie, że na jedną z Cim prowadzi prosta droga wspinaczkowa, wyceniona na III. Sprzęt w samochodzie mamy, można by któregoś dnia spróbować. Jednak mimo że na zegarku dopiero dziewiąta, leje się już ze mnie jak ze szmaty świeżo wyciągniętej z rzeki. Trójkową drogę szybko wybijam sobie z głowy.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Dolomity
Włochy

Zobacz też