Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Białe stawy i Dolina Kieżmarska

Tour de stawy

NPM 9/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze. Na szczęście to nie mundial,  nie reprezentacja, tylko słowacka strona Tatr. A tutaj nawet mniejsze zło i zepsuta pogoda smakują wybornie. Szczególnie, gdy degustuje się lokalne specjały na najwspanialszych dolinnych szlakach.

Zaczęło się jak w dowcipie: Ile osób potrzeba, aby wspólnie, bez krzyku i walk wybrać jedną, pasującą wszystkim tatrzańską trasę? Żeby dogodzić całej piątce, krążyliśmy palcem po mapie bite półtorej godziny. 
W końcu po wielkich ustępstwach, trenowaniu sztuki dyplomacji i wzniesieniu się na wyżyny empatii padło na znany wszystkim Jagnięcy Szczyt (słow. Jahňací štít, 2230 m n.p.m.). Niestety, nikt w tym zamieszaniu nie sprawdził szczegółowej prognozy pogody. 

Śpioch nie kłania się chmurom
Następnego ranka fundujemy sobie pobudkę przed godziną szóstą. Autobus ze Starego Smokowca (Starý Smokovec) toczy się jak na ścięcie do Tatrzańskiej Kotliny (Tatranská Kotlina). I dopiero na przystanku zaczynamy z niepokojem oglądać niebo, niczym Minionki z kreskówki wpatrzone w swojego pana Feloniusa Gru.
– Przeciera się, będzie lać – kwitujemy temat niezniszczalną sentencją i nasza maszyna rusza po szlaku powoli, jak żółw ociężale.
Paula z Magdą śpią na stojąco. Andrzej, nasz nadworny meteopata, ziewa, jakby chciał zmieścić całą pięść w ustach. A my z Tomem… klik, klak, klik, klak – skupiamy się na kijach uderzających w kamienie. I jakimś cudem ten metronom pomaga się nam przemieszczać w górę. Najwyższa pora rozgrzać mięśnie, złapać rytm i podzielić trasę na etapy, żeby oswoić głowę z całodziennym wędrowaniem. 
Na śniadanie smakujemy Tatry Bielskie (Belianske Tatry) i jedyne w tym paśmie Schronisko pod Szarotką (Chata Plesnivec). Czas dojścia? Godzina plus 20 minut. I jak widzę grupowego autopilota, raczej nic z tego nie urwiemy. Do wyboru mamy średnio zachęcający spacer dnem Doliny Czarnej Rakuskiej (Čierna dolina Rakúska), pokrywający się z drogą gospodarczą, albo trasę po zboczu z szansą na prześwity w stronę gniazda Łomnicy (Lomnický štít, 2634 m n.p.m.). Samozwańczy kierownik całego interesu (znaczy Tomasz) nawet nas nie pyta, tylko od razu wybiera bramkę numer dwa. 
Po kwadransie skręcamy za szlakiem zielonym w kierunku młodników… wprost na hordy wygłodniałych owadów. Tak niestety kończy się wychodzenie w góry tuż po świcie. Kąsanie trwa aż po wygodny chodnik między jodłowo-świerkowym przekładańcem. Okazuje się, że robienie za pokarm dla muszek skutecznie pobudza całą ekipę i dziarskim krokiem docieramy pod budynek u stóp Bujaczego Wierchu (Bujačí vrch, 1960 m n.p.m.). 
Stoi tu od 1932 roku, kiedy zbudował go Tibor Gresch – taternik z sąsiedniej Białej Spiskiej (Spišská Belá), który jeszcze przed drugą wojną światową zdążył oddać do użytku dwie nowe ścieżki dochodzące do schroniska. Później mieściła się tu między innymi baza dla pracowników naukowych TANAP (Tatranský národný park, słowacki odpowiednik Tatrzańskiego Parku Narodowego), a następnie przyszedł okres, gdy chata stała pusta. Wreszcie, po kapitalnym remoncie, od 1997 roku znów w pełni służy turystom. Na pierwszy rzut oka nie różni się ona od swoich braci rozsianych po Tatrach. Subtelne różnice widać dopiero po wejściu: kameralna, a zarazem surowa jadalnia, drewniany wystrój i legendarna herbata – jak zapewnia pani z okienka – przygotowana z zebranych w okolicy ziół. Za taki klimat można sobie dać nawet coś uciąć. Zwłaszcza, kiedy otoczenie pachnie wilgotnym lasem, a poza nami i parą seniorów z pieskiem nie widać żywej duszy. 

Pasterskie wojny domowe
Drugi etap naszego Tour de Jagnięcy prowadzi do Doliny Białych Stawów (Dolina Bielych plies). W tym przypadku nazwa w stu procentach oddaje to, co będzie nam dane zobaczyć za niecałe półtorej godziny. Lecz zanim zaczniemy się pastwić z aparatami nad wodą, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Bo jak pisała Nora Roberts: „Czasami cel podróży nie jest najważniejszy, liczy się sama droga (…)”. 
Lekko nie będzie, bo już po wstaniu od stołu trzeba nadrabiać wysokość. Trochę przez łąkę, dalej wśród usychających świerków z kilkoma zakosami po drodze. W dwóch słowach: szycie stoku. 

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Słowacja

Zobacz też