Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Janusz Demkowicz

Toł­haj z ka­mien­nym ser­cem ma­co­chy

NPM 6/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
()
Z Ja­nu­szem Dem­ko­wi­czem, współ­twór­cą ze­spo­łu Toł­ha­je, roz­ma­wia Ja­kub Te­ra­kow­ski  

Co ozna­cza sło­wo „toł­ha­je”?
− Toł­ha­je to wę­gier­scy roz­bój­ni­cy, któ­rzy swe­go cza­su sta­no­wi­li po­waż­ne za­gro­że­nie w Kar­pa­tach. Na­pa­da­li i gra­bi­li, w ni­czym nie przy­po­mi­na­jąc Ja­no­si­ka. Pol­scy zbój­ni­cy łu­pi­li na Wę­grzech, a toł­ha­je u nas. Świet­ną książ­kę na­pi­sał o nich Sta­ni­sław Or­łow­ski. Bar­dzo mnie za­in­spi­ro­wa­ła i stąd na­zwa pro­jek­tu mu­zycz­ne­go Toł­ha­je.
A po­za na­zwą? Skąd się wzię­li Toł­ha­je?
− Z przy­pad­ku i ko­niecz­no­ści rów­no­cze­śnie. W 2000 ro­ku Mag­da − mo­ja żo­na − wrzu­ci­ła do ko­per­ty na­gra­nie de­mo i wy­sła­ła na kon­kurs „No­wa Tra­dy­cja” do War­sza­wy.
A bar­dziej po ko­lei?
− Mu­zy­ka za­wsze by­ła ca­łym mo­im ży­ciem, pa­sjo­no­wa­ła mnie od dziec­ka. Naj­więk­szą ka­rą, ja­ką mo­gła mi wy­mie­rzyć ma­ma, był za­kaz wy­cho­dze­nia na pró­by ze­spo­łu.
Pa­mię­tasz swo­je­go pierw­sze­go na­uczy­cie­la?
− Naj­waż­niej­szy był dla mnie Wal­de­mar Kor­dy­acz­ny. On, po­mi­mo że mie­li­śmy po dzie­sięć, dwa­na­ście lat, za­ło­żył z na­mi ze­spół roc­ko­wy. Trak­to­wał nas nie­zwy­kle po­waż­nie i od­po­wie­dzial­nie, jak rów­no­rzęd­nych part­ne­rów. Jeź­dzi­li­śmy na kon­cer­ty, gra­li­śmy bar­dzo du­żo. Do dzi­siaj pa­mię­tam, że pró­by mie­li­śmy w po­nie­dział­ki i czwart­ki. Na każ­dą nie­cier­pli­wie cze­ka­łem. Co cie­ka­we, pan Kor­dy­acz­ny w szko­le uczył pla­sty­ki, a ze­spół mu­zycz­ny za­ło­żył przy Do­mu Kul­tu­ry w Le­sku. Miał też swo­ją pra­cow­nię w sy­na­go­dze. Czę­sto tam cho­dzi­łem, pró­bo­wa­łem na­wet rzeź­bić.
I za­sta­na­wia­łeś się, co wy­brać? Zo­stać mu­zy­kiem czy rzeź­bia­rzem?
− Nie my­śla­łem o tym w ogó­le, bo przez ca­ły ogól­niak chcia­łem być we­te­ry­na­rzem. Ale przed ma­tu­rą stwier­dzi­łem, że stu­dia mu­zycz­ne są jed­nak ła­twiej­sze od we­te­ry­na­rii, więc wy­bra­łem je przez le­ni­stwo... (śmiech). A po­waż­niej: mu­zy­ka po pro­stu sa­ma wcho­dzi­ła mi do gło­wy. Nie mu­sia­łem jej wku­wać, by­ła we mnie. Mag­da na uro­dzi­ny do­sta­wa­ła ka­se­ty z utwo­ra­mi, któ­re wy­my­śla­łem spe­cjal­nie dla niej.
Po­sze­dłeś na stu­dia mu­zycz­ne?
− Mia­łem pro­blem, bo wte­dy ist­niał jesz­cze prze­pis, że kan­dy­dat na ta­kie stu­dia mu­si mieć ukoń­czo­ną śred­nią szko­łę mu­zycz­ną. Ale mia­łem też szczę­ście, bo nie­mal w przed­edniu eg­za­mi­nów wstęp­nych zre­zy­gno­wa­no z te­go obo­wiąz­ku. Wy­star­czy­ło mieć od­po­wied­ni po­ziom.
A po­ziom już mia­łeś.
− Po­je­cha­łem na eg­za­min, do­sta­łem się.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też