Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Mity i przesądy pod Giewontem

Tatry mają jakiegoś ducha

NPM 2/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Katarzyna Paluch
(fot. Katarzyna Paluch)
Dla jednych to tylko kamienie. Dla innych mistyczny świat, pełen nadprzyrodzonych sił i zjawisk, wrota do równoległej rzeczywistości. Czysta metafizyka. Jak udźwignąć majestat, potęgę i niebezpieczeństwo gór? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Można jej jednak szukać w taternickich opowieściach. W ich legendach, mitach, całym alternatywnym świecie nie wolnym od duchów, złudzeń, mar i przesądów. 

Przesądy o widmie Brockenu, czarnym motylu, boginkach zamieszkujących Podhale, opowieści o Czarnej Pani czy hakach Świerza na Kościelcu, tworzą duchowy świat Tatr, budują legendę tych gór i budzą grozę. Po co powstały? Ku przestrodze, ku literackiej uciesze? Dla wyjaśnienia tajemnicy śmierci w górach? Czy pozwalały oswoić się z niebezpieczeństwem? A może były tylko wytworem zlęknionego umysłu?

Proza nasiąknięta lękiem
Tak jak u Wiesława Stanisławskiego, jednego z najwybitniejszych taterników lat 1928-1933, który opisując wspinaczkę na północnej ścianie Małego Kieżmarskiego Szczytu (tekst znajdziemy w „Taterniku” z 1933 roku – numerze wydanym po śmierci Stanisławskiego) wspomina taką wizję z biwaku w ścianie: „Leżąc na kupie kamieni, patrzę ku górze między potężne ściany. (...) W nerwach czuję lekkie drżenie, ponieważ moje księżycowe wizje nie znikają, lecz żyją. Kiedy piargi pod ścianami Dzikiej Doliny zamieniły się w tłum ludzkich głów, górski cyrk rozpoczął nocne przedstawienie. Ku grani Czarnego Szczytu pną się dwie białe postacie: widma taterników. Dla tego tłumu z amfiteatru doliny to są cyrkowcy w białych trykotach. W szumie potoków dosłyszeć można słowa uznania. Przewieszki puszczają wprost. Cyrkowcy wiodą swą drogę bez obchodzeń, wprost ku wierzchołkowi (...)”.
Lęk często przesiąkał prozę Stanisławskiego. – Przeczuwał, że taniec ze śmiercią, bo tak się wtedy mówiło o taternictwie, może się źle skończyć – mówi Wojtek Szatkowski, polski historyk sportu, pracujący w Muzeum Tatrzańskim, taternik i skitourowiec. – Był postacią przesądną i osobą, która była przeświadczona, że zginie młodo. Wielokrotnie wspominał o tym w swoich tekstach. Napisał nawet wiersz, w którym opisuje przyjście do swojego własnego trupa jako duch – wspomina Szatkowski.
Ten wiersz, „Skała ucieka spod mych stóp”, cytowany jest często przy okazji omówień czy zbiorów prozy i poezji taternickiej. Rzeczywiście wydaje się szokujący, nie tylko jak na lata, w których powstał: „Skała ucieka spod mych stóp! / Lecz nie wzywałem pomocy… / Alem tu dzisiaj przyszedł w nocy / Gdzie leży mój skrwawiony trup. / Tyś świadkiem mym – nie płakałem. / Nie całowałem martwych warg (…) Alem wszedł w zerwy twoich skał / I wydostałem się na szczyt / Tam stałem długo szczęścia syt / Wiatr mnie poranku w wieczność zwiał”.
Stanisławski nie był jedynym taternikiem, który obok szczegółowego opisu wspinaczki w skale notował własne wrażenia, emocje, który pisał o majakach – pojawiających się szczególnie wtedy, kiedy trzeba było spędzić w górach noc. Tak na przykład na łamach „Wierchów” we wspomnieniu „Z włóczęgi po Tatrach” drogę Doliną Białej Wody przez ścianę północną na Galerię Ganku przedstawiał Jan Humpola, znany zakopiański duszpasterz, który przez jakiś czas był nawet kapelanem prezydenta Ignacego Mościckiego: „(...) Ciemność była tak zawiesista i ciężka, że gdyby się jej dało w wór nabrać, unieść by nie można na plecach (...) kiedy wreszcie zdołałem wejść w las, wypełzły z ponurych komyszy boru niesamowite okropności (...) jazgot jakichś czarownic z przedpiekła, chichot zbereźnic karnawałowych (...) – doprowadziło mnie do utraty poczucia mej osobowości”.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 
------------------------
 
W numerze także rozmowa z dr. Dariuszem Parzelskim, psychologiem sportu z Uniwersytetu SWPS w Warszawie.