Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Chiny / Góry Południowochińskie

Tarasy ryżowe z lotu ptaka

NPM 10/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Krzysztof Ulanowski
(fot. Ewa Thompsett)
Czy w Chinach można się poczuć prawie jak w Karkonoszach? Ależ owszem, na słynnym Wielkim Murze. Natomiast w sercu Pekinu przeniesiemy się do… Saskiej Szwajcarii. Jedyna w swoim rodzaju jest natomiast wioska Ping’an w Górach Południowochińskich.

Nie jeżdżę na zorganizowane wycieczki. Nie lubię, to nie mój styl. Kiedy jednak krewny chce mi zrobić prezent z okazji okrągłej rocznicy urodzin, nie wypada odmówić. Tym bardziej, że w programie wyjazdu do Chin są też tamtejsze góry, a po górach w Azji jeszcze nie chodziłem. Zapachniało przygodą.
Oszukać system
Pierwsza przygoda spotyka mnie już w hotelowym holu w Pekinie, kiedy okazuje się, że do ceny wycieczki muszę jeszcze dopłacić… 450 dolarów. Ewentualnie równowartość w euro lub w chińskich juanach. Natychmiast, bo lokalny kontrahent czeka. Mam walutę, ale nie aż tyle, ruszam więc do miasta w poszukiwaniu bankomatu. Uskakując przed pojawiającymi się zewsząd bezszelestnie rowerami ze wspomaganiem elektrycznym, trafiam w końcu na Bank Budowlany. Bankomat zgadza się wypłacić mi juany, ale zastrzega, że obowiązuje dzienny limit wypłat. Proszę więc o pomoc stojące obok dwa kolejne bankomaty.
Leżąc już w hotelowym łóżku, próbuję odreagować stres, odpalając kolejno portale społecznościowe. Nic z tych rzeczy, na śmierć zapomniałem, że w komunistycznych Chinach amerykańskie witryny są zakazane. Oby jutro było lepiej.
Jest jak w… Saksonii
Kolejnego dnia zwiedzanie Pekinu rozpoczynamy od placu Niebiańskiego Spokoju, tego samego, na którym w 1989 roku chińscy żołnierze strzelali do demonstrantów. Dziś wprawdzie nikt nie strzela, ale musimy przejść przez punkt kontrolny i dać się przeszukać umundurowanej ochronie.
Plac robi wrażenie poprzez swój ogrom. Znajdujące się tuż za nim Zakazane Miasto, czyli dawna rezydencja cesarzy, specjalnego wrażenia na mnie nie robi. Przede wszystkim za mało jest zieleni, co wynika z tego, że władcy Chin nie bez powodu obawiali się zamachowców. Żeby więc nie ułatwiać zadania kandydatom na skrytobójców, bezlitośnie wycinano kiełkujące w obrębie murów kompleksu pałacowego krzewy i drzewa.
Na szczęście tuż za cesarską rezydencją wznosi się na wysokość niemal 50 metrów wielki, sztuczny pagór – Park Jingshan. Wzniesienie usypano pół tysiąca lat temu, w XV stuleciu, przy okazji kopania fosy. Wzgórze nie bez powodu nazywane jest parkiem, gdyż dziś porośnięte jest drzewami owocowymi, iglakami i cyprysami. A co ważne, wolno wspiąć się na szczyt, mam więc przedsmak prawdziwych gór. Nie jestem zresztą sam, gdyż wraz ze mną na górę wchodzi sporo osób. Przeważają tubylcy. Trasa kojarzy mi się nieco ze szlakiem z Rathen do Bastei w Saskiej Szwajcarii. Może nie jest aż tak skalista i malownicza, za to ze szczytu widać nie tylko Zakazane Miasto, ale cały niemal Pekin. A z Bastei „tylko” przełom rzeki Łaby…
Rataje u stóp gór
Ciągnący się na północ od chińskiej stolicy Wielki Mur znajduje się już w prawdziwych górach. Zrekonstruowany, udostępniony dla turystów odcinek muru biegnie granią pasma Badaling, stanowiącego część gór Yan Shan. Najwyższy punkt pasma wznosi się na wysokość 1015 metrów n.p.m. Odcinek Wielkiego Muru na terenie pasma znajduje się natomiast na średniej wysokości 1000 metrów (czyli jednak zdecydowanie niżej niż główna grań Karkonoszy). Natomiast najwyższy szczyt gór Yan Shan – Wuling Shan – sięga już 2116 metrów n.p.m., czyli podobnie jak Czerwone Wierchy w Tatrach Zachodnich.
Z centrum miasta docieramy tam autobusem. Do pokonania mamy kilkadziesiąt kilometrów, a po drodze mijamy typowe, znane z polskich miast, blokowiska. Już w górach, przed wejściem na mur, musimy przebić się przez handlarzy. Przekupnie przyjmują tylko lokalne juany, a jeśli nie chcecie przepłacić, musicie się targować.
Sam mur to właściwie długi ciąg schodów, prowadzących na grań, a następnie biegnących granią. Stopnie są wysokie i niewygodne. Zdecydowanie wolałbym się wspinać kamienistym szlakiem w Karkonoszach, z którymi pasmo Badaling mocno się zresztą kojarzy. Z tą różnicą, że choć nie brakuje tu zieleni, trudno znaleźć kosówkę, a zamiast schronisk turystycznych mijamy baszty. W baszcie też zresztą można się schronić. Przed palącym słońcem. Bo na murze jest o wiele cieplej niż zazwyczaj w Karkonoszach. Całe szczęście, że nie wybrałem się tam latem, kiedy temperatura w północnych Chinach sięga 40 stopni. Tym niemniej i tak starsi wiekiem turyści są mocno zasapani i z ulgą przyjmują sygnał do powrotu.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Chiny

Zobacz też