Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Alpy Pennińskie

Tam rezyduje szatan

NPM 8/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
Widok na Matterhorn znad jeziora Stellisee (fot. Jarosław Tomaszewski)
25-letni Edward Whymper w szarych spodniach i białej, pogniecionej lekko koszuli wskazuje na charakterystyczną piramidę Matterhornu. Wokół niego sześciu alpinistów gorączkowo szykuje się do ataku, a piękne kobiety w wykwintnych sukniach czule żegnają się ze wspinaczami. Wszystko jest dokładnie jak 150 lat temu, tylko inwazja japońskich turystów trochę tu nie pasuje.

Niewielki plac w centrum szwajcarskiego Zermatt (1620 m n.p.m.). Z tego miejsca trudno jeszcze zobaczyć charakterystyczną piramidę Matterhornu (4478 m n.p.m.), ale czworo alpinistów wita się serdecznie i kieruje swój wzrok gdzieś w stronę szczytu. Cel mają jeden – zdobyć wierzchołek, na który od kilku lat próbują wspiąć się różni śmiałkowie.

Siedmiu wspaniałych
Wysoki 35-letni Michel Croz jest uznawany za jednego z najwybitniejszych przewodników alpejskich. Pochodzi z Chamonix. Wiadomo – magia Mont Blanc jest wystarczającą rekomendacją. Ma już za sobą między innymi zdobycie Castora, Monte Viso i Barre des Écrins. Dziś włożył charakterystyczne zielone spodnie na szelkach, zwykłą koszulę i wełnianą czapkę, a na nogach ma ciężkie brązowe buty. Nikt nawet nie śni o żadnych oddychających koszulkach termoaktywnych, gore-texach i innych nowościach outdoorowych.
– Tym razem musi nam się udać – zagrzewa towarzyszy do boju, choć to nie on będzie głównym rozgrywającym zbliżającego się ataku.
Towarzyszy mu o dwa lata starszy ksiądz Charles Hudson, sympatyczny i uśmiechnięty pastor o niskim wzroście. Na co dzień pracuje w anglikańskiej parafii w Skillington w hrabstwie Lincolnshire. Ubrany, jak na kapłana przystało, na czarno, pod szyją koloratka, na głowie biret, w ręku Biblia. Jest trochę wycofany, nie bierze udziału w gorączkowych dyskusjach na ulicach Zermatt, zdaje się na doświadczenie kolegów. Choć skromny jest nieco przesadnie, bo uchodzi przecież za bardzo doświadczonego alpinistę. Zdobył już kilka czterotysięczników.
Towarzyszy im dwóch młodzieńców. Pierwszy to lord Francis Douglas, syn markiza Queensberry. Ma ledwie 18 lat, ale w wysokich alpejskich górach jest zakochany od pierwszego wejrzenia. Piękne góry przedkłada nawet nad piękne kobiety. I jeszcze rok od niego starszy
Douglas Hadow, Brytyjczyk, dla którego jest to pierwszy sezon wspinaczkowy. To bliski znajomy pastora Hudsona, który udział swojego podopiecznego w tej wyprawie postawił jako warunek sine qua non. Jedno trzeba oddać: Hadow bryluje w towarzystwie i w przeciwieństwie do Douglasa próbuje pożenić kobiety z górami.
Cała czwórka ładuje walizki do drewnianego koszyka, który prowadzi jeden z rosłych porterów. Ekipa rusza w górę Zer-matt. W hotelu Monte Rosa mają dopracować wszystkie szczegóły jutrzejszej ekspedycji. Na wąskich uliczkach wzbudzają podziw. Największe zainteresowanie okazują żony tutejszych rolników.
– Ta góra jest przeklęta. Ona jest nie do zdobycia – przestrzegają śmiałków kobiety, które właśnie zeszły z pola. Na plecach niosą ogromne drewniane kosze, a w nich można dojrzeć lokalne specjały.
Przy jednej z uliczek spotykają Petera Taugwaldera, 45-letniego szwajcarskiego przewodnika alpejskiego. On z tego grona wygląda najbardziej profesjonalnie. W ręku ciężki drewniany czekan, przez ramię przewieszona lina, na głowie brązowy kapelusz. Z czarnej kamizelki wystaje charakterystyczny łańcuszek zegarka – to musi być jakaś cenna, rodzinna pamiątka, z którą nie chce się rozstawać. Jest z nim syn, także Peter. Choć ma ledwie 22 lata, to już może się pochwalić przewodnickim doświadczeniem. To zupełnie inna rzeczywistość niż dziś. Wtedy 20-latkowie prowadzili już grupy na najwyższe nawet szczyty. Dziś zanim ktoś zda ważne egzaminy, musi upłynąć trochę czasu.
Kilka przecznic dalej docierają wreszcie do hotelu Monte Rosa, przed którym popołudniową herbatę popijają eleganckie damy w wytwornych sukniach. To właś-nie jedną z nich, w czerwonym stroju, młody Taugwalder adoruje w sposób szczególny. Ona zaś martwi się o niego. Widać, że nie jest jej obojętny.
– To bardzo niebezpieczna góra. Wracaj cały i zdrowy – mówi z troską w głosie kobieta. Gdyby nie ironiczne uśmiechy towarzyszy, pewnie pożegnanie byłoby bardziej czułe. Choć to w końcu środek dnia i centrum miasteczka.

 (...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też