Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Marta Smoczyk

Tako rzecze Babula

NPM 12/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. archiwum schroniska PTTK w Komańczy)
Z Martą Smoczyk, gospodynią schroniska PTTK w Komańczy, rozmawia Jakub Terakowski  

Na Waszej stronie aż roi się od tajemniczych cytatów. Zaczyna się od „»Do miasta Wy nie są« – rzecze Babula”. Nadaremno szukałem tego sformułowania w internecie.
Nie znajdziesz też w nim tej Babuli. Początek naszej strony internetowej odwołuje się do pierwszych lat naszego pobytu w górach. Najpierw wędrowaliśmy po nich, później pracowaliśmy w kilku schroniskach, aż w końcu trafiliśmy do Michała Klażyńskiego, prowadzącego Bacówkę pod Małą Rawką. Tam zdarzył się cud: urodził się nam syn! Wróciliśmy do cywilizacji, gdzie – jak nam się wówczas wydawało – łatwiej zadbać o potrzeby dziecka. Bezskutecznie próbowaliśmy ułożyć sobie życie, pracując od poniedziałku do piątku i na zmianę opiekując się Aleksandrem. Nasza sąsiadka, urocza starsza pani, nazywana przez nas Babulą, patrząc, jak się męczymy, powiedziała kiedyś „do miasta Wy nie są”. Olśniło nas – przyznaliśmy jej rację i wróciliśmy w góry. Aleksander miał siedem miesięcy, gdy osiedliśmy w Komańczy – na wszelki wypadek na pograniczu Bieszczadów, aby w razie potrzeby do tej cywilizacji nie było jednak zbyt daleko. Zrozumiałam i udowodniłam, że macierzyństwo można, bez szkody dla dziecka, pogodzić z prowadzeniem schroniska. A wracając do Babuli: nie można znaleźć jej słów w internecie, bo to nasze osobiste przesłanie.

Ale inny cytat na Waszej stronie to fragment piosenki Wolnej Grupy Bukowiny: „Mój dom stoi otworem dla takich jak Wy”.
To nasze kolejne credo. Wybrałam je, gdyż dobrze oddaje atmosferę schroniska.

Poznaliście się z Pawłem w górach?
Tak – i bardzo jesteśmy im za to wdzięczni. Niełatwo bowiem znaleźć godnego zaufania człowieka o podobnie specyficznych potrzebach i przekonaniach. Człowieka, któremu do szczęścia niepotrzebne są galerie handlowe, knajpki ani telewizor. Pawła poznałam w Strzesze Akademickiej, gdzie – podobnie jak ja – dotarł z zamiarem porzucenia życia w mieście. Potem przez jakiś czas pracowaliśmy razem w tym schronisku; wciąż jednak brakowało nam gór.

Brakowało? W samym sercu Karkonoszy?
Obowiązków mieliśmy tyle, że czasu nie starczało nawet na wyjście za próg. Nocami chodziliśmy więc na Śnieżkę, a każdy urlop spędzaliśmy na szlaku. Wynajęliśmy nawet mieszkanie w Karpaczu tylko po to, aby mieć tam bazę.

Skąd pochodzicie?
Z nizin. Ja z niewielkiej wsi w pobliżu Kościana, a Paweł z Żagania.

Piszesz, że góry do Was krzyczały. Jak to rozumieć?
To trochę niefortunne sformułowanie. Powiedziałabym raczej, że wołały nas, czy może raczej wzywały, bo krzyk kojarzy się negatywnie. Przyciągały mnie jak magnes, gdy tylko próbowałam się oddalić.

W następnym zdaniu piszesz jednak: „Za pierwszym razem góry nas odepchnęły, stwierdziły, że nie jesteśmy przygotowani, aby stawić im czoła”...
To prywatne sprawy, muszę usunąć je z internetu. Dość powiedzieć, że do trzech razy sztuka. W Karkonoszach nie udało nam się zostać. W mieście było zbyt duszno, więc pojechaliśmy w Bieszczady, nikogo o tym nie informując, nawet rodziców. Dopiero na kilka dni przed przeprowadzką dowiedzieli się, że zamierzamy osiąść w Komańczy.

Nie próbowali wybić Wam tego z głowy?
Wręcz przeciwnie! Zawsze nas wspierali; też widzieli, że „do miasta my nie są”. Przejęliśmy schronisko 30 listopada 2012 roku.

Na progu zimy, trudny moment...
Bardzo trudny. Od razu spadły na nas wszystkie plagi. Na dzień dobry rozsypała się instalacja wodociągowa. Przy minus 16 stopniach woda zamarzła w rurach i zniszczyła je. Paweł próbował ratować sytuację. Pomagał mu nasz znajomy, który przyjechał do schroniska jako pierwszy gość, z zamiarem pozostania na jedną noc, lecz zmienił plany, widząc rozmiar przeciwności. Walczyli przez tydzień. Na początku sami, gdyż byliśmy tu jeszcze zupełnie obcy. Wokół schroniska, zamiast lasu rąk do pomocy, rósł tylko las drzew. Po kilku dniach dołączyli turyści przysłani nam z odsieczą przez gospodarzy Bacówki pod Honem. Do przekopania było 400 metrów zamarzniętej gliny; łopaty nie miały szans. Poddaliśmy się siódmego dnia. I wtedy odwiedził nas Anioł Stróż. Miał postać prezesa firmy budowlanej Elbo, który przyszedł do schroniska na herbatę. Złapał się za głowę, gdy zobaczył to całe pobojowisko, i zaproponował, że wypożyczy nam koparkę. Za dwa tygodnie... Za dwa tygodnie? „Nie przetrwamy tu tak długo bez wody!” – jęknęłam. Prezes na to: „Przykro mi, lecz sprzęt jest teraz potrzebny na innej budowie”. Wtedy zaprowadziłam go do pokoju, w którym spał Aleksander. Tylko spojrzał na niemowlaka i powiedział: „Koparka przyjedzie jutro o siódmej rano”.

Nie można było wcześniej wypożyczyć jej gdzieś na miejscu?
Próbowaliśmy, ale bezskutecznie. Nikt nie był skłonny przyjechać tu zimą. Chwilę później zawalił się nam komin. Musieliśmy wygasić piec węglowy – serce naszego domu, na którym przygotowujemy wszystkie posiłki. A przed samym Bożym Narodzeniem posłuszeństwa odmówił nam też piec olejowy… Cały dom zdawał się wystawiać nas na próbę, sprawdzać, czy rzeczywiście nadajemy się na gospodarzy. I znów dobry człowiek przyszedł nam z pomocą. Serwisant z własnej woli spędził u nas pierwszy dzień świąt, rozkręcając piec do śrubki. Najbardziej jednak pomogliśmy sobie z Pawłem nawzajem. Wygraliśmy dzięki świadomości, że możemy na sobie polegać, że nie zawiedliśmy w tak trudnych chwilach, że działamy zgodnie. Potem wielokrotnie w rozmowach z Pawłem wracaliśmy do tych pierwszych dni w Komańczy, przyznając rację znanemu stwierdzeniu, iż co nas nie pokona, to nas wzmocni. Później, przez kolejne dwa lata, poważne klęski już nas omijały. Chociaż życie w tak starym budynku zawsze jest pełne niespodzianek, nie zawsze miłych...

Jak za Waszych rządów zmieniło się schronisko?
Przede wszystkim jest tu weselej. Sami to czujemy i zwracają na to uwagę nasi goście. Prowadzimy Komańczę według zasad, które Paweł znalazł gdzieś w internecie i które szczególnie przypadły mu do gustu: „W tym domu: mówimy prawdę, popełniamy błędy, mówimy »przepraszam«, dajemy drugą szansę, lubimy się bawić, wybaczamy, jesteśmy cierpliwi, kochamy”. Co zmieniło się jeszcze? W drugim rankingu „n.p.m.” w 2011 roku schronisko w Komańczy zajęło 42. miejsce, a w trzecim – już za naszej kadencji – 19. Żadne z bieszczadzkich schronisk nie było lepsze. Miło zaskoczył nas ten sukces, tym bardziej że ranking umknął naszej uwadze. Dowiedzieliśmy się o nim dopiero post factum. I nie ukrywam, że bezskutecznie próbowaliśmy odgadnąć, który z naszych gości był audytorem... (śmiech)


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też