Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Flesz |

Szwajcaria pod zaborem

NPM 3/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Redakcja n.p.m.
Niektóre budynki w Ojcowie wciąż czekają na renowację (fot. Michał Parwa)
[body_1]

Podczas pierwszej wizyty nieświadomie pomijamy wszystkie ślady. Za drugim razem w głowie świtają pytania o drewniane konstrukcje. Trzecie odwiedziny w Ojcowie rodzą już prawdziwą fascynację, kiedy wyobraźnia rysuje widoki dawnego uzdrowiska – polskiej Szwajcarii na obrzeżach Galicji.
Ojcowski Park Narodowy raczy dziś turystów równie obficie co 150 lat temu. Zamek w Pieskowej Skale, zamek w Ojcowie, Maczuga Herkulesa czy Grota Łokietka to zaledwie kilka większych kropel w morzu tutejszych atrakcji. Brakuje jednej. Tej, która przynosiła chlubę całemu zaborowi i znacząco wpłynęła na rozwój okolicy. „Wśród wdychania bowiem powietrza doliny Ojcowa czujemy się swobodni i wewnętrznie uspokojeni […]”. Tymi słowy prezydent Krakowa – profesor Józef Dietl – opisywał ojcowskie ziemie w czasach ich świetności.
Miejscowa flora do spółki z walorami krajobrazowymi służyły kuracjuszom już w XIX wieku, lecząc m.in. kiłę, „wyrzuty skórne” czy „wewnętrzne wypociny”. Piękno przyrody nie było jednak bezpośrednią przyczyną powstania kurortu. Za wszystkim stała polityka i ówczesne granice. Obywatele Królestwa Kongresowego zostali odcięci od uzdrowisk leżących na terenie zaboru austriackiego. Silną potrzebę wyjazdu do sanatorium bez przekraczania granic miał zaspokoić Ojców, jedno z najdalej wysuniętych miejsc w zaborze rosyjskim. Dzięki temu Dolina Prądnika doczekała się zakładu wodoleczniczego, hotelu Pod Łokietkiem, słynnej kaplicy Na Wodzie i całej reszty drewnianych zabudowań utrzymanych w tzw. stylu szwajcarsko-ojcowskim. Przez dziesiątki lat zjeżdżało tu blisko 20 tysięcy osób rocznie. Obiekty lecznicze budowano i rozbierano, ale popularność i splendor uzdrowiska ostatecznie przerwała dopiero II wojna światowa. Do dziś pozostali nieliczni i niemi świadkowie minionej epoki. Ci zapomniani, kończący swój drewniany żywot, i ci odrestaurowani ku pamięci dawnej świetności. Będąc w Ojcowie, zerknijmy więc na te budynki z szacunkiem i pokorą, aby opowiedziały nam swoją historię.
Michał Parwa

-----------------------

W Niemczech Śnieżka już nie króluje

Cóż może być fascynującego w miejscu leżącym kilkadziesiąt metrów niżej niż dworzec PKS w Zakopanem? – pomyślą tatrolodzy. – Cóż pięknego w miejscu, gdzie stoją jakieś metalowe konstrukcje z antenami talerzowymi? – skrzywią się miłośnicy gór odludnych. A jednak...
Od 1945 roku najwyższym szczytem Sudetów na terenie Niemiec nie jest już Śnieżka, lecz Łuż (793 m n.p.m.), będący zarazem najwyższym wzniesieniem Gór Łużyckich. Okazała, pojedyncza kopuła powulkaniczna swym wyglądem przypomina polskie Góry Kamienne, trochę mniej Beskid Wyspowy. Ze Śnieżką łączy ją jeszcze jedno historyczne podobieństwo. Na obu tych popularnych szczytach po drugiej wojnie światowej nie było przejścia granicznego, a turyści, aby być w zgodzie z przepisami, musieli przekraczać granicę na przejściu u podnóża góry. Zmieniło się to dopiero po przystąpieniu Republiki Czeskiej do układu z Schengen. Do tegoż przejścia granicznego u podnóża Łuża można dojechać od strony saksońskiej asfaltową szosą, a na sam szczyt wdrapać się wygodną, utwardzoną drogą. Wejście od strony południowej – czeskiej – sprawia wrażenie nieco bardziej turystycznego. Za to wchodząc od strony niemieckiej, można się nabrać, sądząc, że na szczycie stoi schronisko. Ale tak okazale wyglądają tylko zachowane resztki piwnic dawnej restauracji, która spłonęła w 1946 roku.
Widok z odkrytego wierzchołka jest zaiste niebywały. Pojedyncze kopuły poszczególnych wzniesień Gór Łużyckich królują w krajobrazie, zwłaszcza w kierunku zachodnim. Wszystkie, rzecz jasna, leżą niżej. Dla zmęczonych ustawiono drewniane ławy, na których spokojnie można usiąść z wrażenia.
Pierwszy raz byłem na Łużu w sierpniu 2002 roku, gdy nie tak odległe Drezno zmagało się z powodzią. Po drodze towarzyszyła mi mgła, więc szczerze mówiąc, najlepiej zapamiętałem treść informacji z tabliczki umieszczonej na wierzchołku w miejscu, gdzie spodziewałem się zastać kosz na śmieci. Napis w języku niemieckim głosił mniej więcej tak: „Turysto! Jeśli miałeś siłę wnieść te odpadki na szczyt, to tym bardziej dasz radę znieść je samemu ze szczytu”.
Tomasz Rzeczycki


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.