Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Salzburskie i Bawarskie

Sztuka wyboru

NPM 8/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Krystyna Jędrzejewska
Na Königsjodler Klettersteig ręce i nogi drżą ze strachu. W myślach powtarzam: (fot. Karol Jędrzejewski, Hubert Morawski)
Dochodzimy do miejsca, w którym biegnie niewielki linowy mostek. Poniżej 15-metrowy dół, trzeba dwa metry przeciągnąć się po linie, aby bezpiecznie stanąć na metalowym stopniu przytwierdzonym do przeciwległej ściany. Łzy stają mi w oczach.

Lipiec, słońce mocno praży. Aż chciałoby się pojechać na dłuższy urlop, ale w pracy tyle obowiązków, że w grę wchodzi tylko przedłużony weekend. Michał i Ania, nasi sprawdzeni towarzysze górskich wędrówek, proponują szybki wypad na via ferraty do Austrii w rejonie Dachsteinu. Wysyłają nam linki z opisami konkretnych miejsc. Karolowi, mojemu narzeczonemu, zapalają się iskry w oczach, ja jestem trochę przerażona. Oglądam zdjęcia i filmy, na których widać ludzi uczepionych do skał nad przepaścią jak nietoperze, i sama nie wiem, czy bać się, czy nie. Zwycięża strach, bo z via ferratami nie miałam jeszcze do czynienia.

Pieszo albo wagonikiem
W Alpy Salzburskie wyruszamy z Krakowa w nocy, autem zapakowanym pod sufit. Pięć osób, odrobina ubrań, śpiwory, sprzęt do asekuracji, jedzenie. Większość trasy wiedzie autostradami, więc rano już jesteśmy w Ramsau am Dachstein (1135 m n.p.m.). Ten rejon Styrii uważany jest za raj dla miłośników via ferrat, ponieważ można tu znaleźć trasy o wszystkich stopniach trudności. Zostawiamy część ekwipunku w aucie, ze sobą zabieramy prowiant i rzeczy niezbędne na najbliższe dwa, trzy dni.
Pierwszy cel to tylko podejście do schroniska Guttenberghaus (2164 m n.p.m.). Z tablicy informacyjnej przy parkingu dowiadujemy się, że powinno zająć mniej więcej trzy godziny. Z plecakami i kijami trekkingowymi startujemy pod górę. Niestety, szybko dostajemy w kość. – Nie mam siły – pierwszy taki głos w naszej ekipie odzywa się już po kwadransie. Szybko zyskuje poparcie. Nieprzespana noc i ścisk w samochodzie błyskawicznie dają o sobie znać.
Nie ma na co czekać. Robimy postój, tym bardziej że górskie, świeże powietrze zaostrza apetyt. Rozkładamy karimaty na skraju szutrowej drogi i zjadamy pierwszą porcję kanapek. Decydujemy się nawet na chwilę drzemki – krótka i szybka regeneracja dobrze nam zrobi. Po takim resecie od razu lepiej się idzie.
Las coraz bardziej się przerzedza, widać już wyższe partie skalistych turni. Docieramy do drewnianej chatki, przed którą stoi wagonik niewiele większy od taczki, zaczepiony do metalowej liny prowadzącej gdzieś wysoko w góry. Kilka sekund później słyszymy za plecami silnik, a przed chatką pojawia się terenowe auto. Dwóch mężczyzn wypakowuje z naczepy zgrzewki napojów i skrzynki jedzenia, które wkładają do wagonika. Jeden z nich również do niego wskakuje, drugi uruchamia mechanizm i wagonik unosi się w powietrze. Przesuwa się po linie wysoko nad naszymi głowami. Trochę żałujemy, że nie mogliśmy również skorzystać z takiej podwózki.
Powoli pokonujemy kolejne metry. Las i kosodrzewiny zostały już daleko za nami, dookoła tylko łąki pełne ciekawskich kudłatych owiec, przyglądających się nam z nie mniejszym zainteresowaniem niż my im. Niestety, pojawiają się też gęste białe chmury, które przesłaniają widok na szczyty i schronisko. Nie tracimy jednak nadziei, że ono jest tuż, tuż. Robi się coraz chłodniej, ewidentnie zanosi się na deszcz. Przyspieszamy, ale do Guttenberghaus docieramy już w mżawce. Za ladą w jadalni spotykamy mężczyznę z wagonika, który daje nam klucz do naszego pięcioosobowego pokoju.
– No picnic! – z groźną miną wskazuje na symbol na ścianie, kiedy wyciągamy własny prowiant. Cóż, zjemy w pokoju. Na drewnianych łóżkach przykrytych szarymi kocami kładziemy się spać dosyć wcześnie, żeby wstać z samego rana. W nocy słychać szalejący wiatr i krople deszczu uderzające o okna dachowe. Nie mogę usnąć. Na przemian jest mi zimno i gorąco, całą noc serce mi łomocze na myśl o jutrzejszej via ferracie.

Pierwsze kroki
Rano szybko zbieramy się do wyjścia. Ciepłe śniadanie gotujemy kilkaset metrów od schroniska, wciśnięci między głazy osłaniające nas od zimnego wiatru. – Jak tam morale? – pyta Hubert, kiedy zaczyna kropić. Przy tej pogodzie on jeden zachowuje dobry nastrój. Odpowiada mu wymowne milczenie. Do początku via ferraty mamy niecałą godzinę marszu. Nie czuję wysokości, bo cały czas toniemy w chmurach. Na szczęście przestaje już padać. Przed nami pierwsza metalowa drabinka i początek liny asekuracyjnej. Wkładamy uprzęże, lonże, kaski, robocze rękawice. Cała się trzęsę i wyobrażam sobie, jak spadam w przepaść albo jak w burzy w metalową linę uderza piorun i wszyscy giniemy rażeni prądem. Karol mnie uspokaja, daje kilka wskazówek. Pozostali też podnoszą na duchu. To jest mi bardzo potrzebne, bo tylko ja debiutuję na ferratach. Reszta ma już pewne doświadczenie. Zaciskam zęby i wspinam się po kolejnych stopniach, przepinając karabinki na wyższe punkty mocowania metalowej liny. – Nie jest tak źle – myślę po chwili. – Właściwie jest naprawdę fajnie – każdy kolejny krok stawiam coraz pewniej.

(...)


Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też