Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | 50. rocznica tragicznej lawiny w Białym Jarze

Szli ścieżką i zniknęli

NPM 3/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Rzeczycki
(fot. Mikołaj Gospodarek)
– Nagle zadymiło, szurnęło mocno śniegiem! Całe zbocze przed nami rusza. Rusza cała ściana śniegu wprost na nas! Skaczemy w lewo, w kierunku drzew. Siostra krzyczy: Lawina! Do drzew, trzymajmy się! – tak początek lawiny w karkonoskim Białym Jarze zapamiętała jedna z turystek z Łodzi, która 50 lat temu znalazła się na tym szlaku.  

Karkonosze kryją w sobie wiele niebezpiecznych miejsc, gdzie dochodziło do tragicznych wypadków. Choćby Śnieżne Kotły, które za sprawą postawionego tu jeszcze w XIX wieku schroniska, pełniącego później funkcję Radiowo-Telewizyjnego Ośrodka Nadawczego, są jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów w tym rejonie Polski. Po drugiej wojnie światowej tracili tu życie między innymi: turyści, narciarze, przewodnik górski, a nawet żołnierz Wojsk Ochrony Pogranicza. Śmiertelne wypadki odnotowywano także pod Śnieżką czy w kotle Małego Stawu nad Samotnią.
Ale to niepozorny Biały Jar, położony między górną stacją wyciągu na Kopę a Strzechą Akademicką, zapisał się w historii wyjątkowo czarnymi literami. 50 lat temu, 20 marca 1968 roku, pod lawiną zginęło tu 19 osób. To był najtragiczniejszy wypadek górski w naszym kraju.
Uważajcie na tym szlaku!
Tadeusz Steć był po drugiej wojnie światowej jednym z najbardziej znanych, sudeckich przewodników. To właśnie on zainicjował między innymi uruchomienie schroniska Szwajcarka w Sokolikach. W 1955 roku tak ostrzegał przed Białym Jarem na łamach wrocławskiej „Gazety Robotniczej”: „Niebezpieczny jest tak zwany Biały Jar – nie tyle ze względu na siłę lawin (...) – ile ze względu na bardzo uczęszczany szlak turystyczny”. Steć przywoływał w swoim tekście także dwa wypadki śmiertelne sprzed drugiej wojny światowej oraz ten z 1949 roku, kiedy to lawina w Białym Jarze podmuchem powietrza przewróciła dwóch narciarzy. Ale to nie było wszystko. W styczniu 1958 roku zerwany nawis śnieżny poturbował tu kilku harcerzy ze Świdnicy, a dwie druhny przewieziono do szpitala w Kowarach.
I wreszcie nadszedł feralny rok 1968. Pierwsze ostrzeżenie przyszło w niedzielę, 17 marca. Lawina porwała tu siedmiu narciarzy, których na szczęście odnaleziono i odratowano. Trzy dni później, gdy letnim szlakiem przez Biały Jar szli turyści z ZSRR, NRD i Polski, tego szczęścia już zabrakło.
Wiatr przed martwą ciszą

Andrzej Klamut miał wówczas 15 lat. Razem z ojcem Janem pojechał w połowie marca z Karpacza do Zakopanego na Młodzieżowe Mistrzostwa Polski. To właśnie podczas pobytu pod Tatrami dowiedzieli się z gazety, że 20 marca potężna lawina zeszła w Karkonoszach. Jeszcze wtedy nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo z tą tragiczną historią zejdą się ich ścieżki.
Klamutowie wrócili do Karpacza kilka dni później. A dwa tygodnie po tragedii w Białym Jarze Jan Klamut złamał nogę na nartach i trafił do szpitala w Cieplicach Śląskich-Zdroju. W dwuosobowym pokoju leżał z jednym z Niemców, ocalonych z lawiny. To był
23-letni ślusarz z Kerdorfu, Gerd Keller.
– Tata spędził z nim miesiąc, bo Niemiec doznał złamania czaszki. A że ojciec znał dobrze język niemiecki, to obaj się zaprzyjaźnili – opowiada mi dziś Andrzej Klamut. I dodaje: – Niemiec miał wysportowaną sylwetkę, był wesoły z natury, choć przecież dotknęła go ogromna tragedia. W końcu przyjechała do niego delegacja z konsulatu i go zabrali.
Rozmowy o lawinie w Białym Jarze do łatwych nie należały. Ale między innymi dzięki nim, możemy dziś w miarę dokładnie odtworzyć, co się wydarzyło 50 lat temu.
– W Karpaczu na zboczu Karpatka znajdował się młodzieżowy ośrodek Juventuru. Mieszkali w nim Rosjanie. W środę, 20 marca ruszyli na wycieczkę. Doszli do dolnej stacji wyciągu na Kopę. Ten jednak wtedy nie chodził, bo wiał silny wiatr. Ale byli uparci i bardzo prosili załogę, by go uruchomić – wspomina Andrzej Klamut.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też