Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Żywiecki

Szlak nieznakowanych szczytów

NPM 10/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Magdalena Prask
Pasmo Pilska jest mocno zniszczone przez infrastrukturę narciarską (fot. Magdalena Prask)
Czasem tak mam, że zapragnę prawdziwej przygody. Wbrew pozorom, by przeżyć coś niesamowitego z dala od cywilizacji, nie trzeba wyprawiać się w głąb Amazonii czy ponad granicę śniegu w góry wysokie. Dziką przyrodę i miejsca bliskie natury znajdziemy także w Polsce.

Planując kolejny wyjazd w góry, wymyślam sobie trasę bardzo mało uczęszczaną. Robię wszystko, by ryzyko, że na swoim szlaku spotkam kogokolwiek, było bliskie zeru. Najlepiej więc znaleźć odcinek górski, gdzie jesienią nie ma czynnego schroniska. Wybór tym razem pada na pogranicze Beskidu Żywieckiego i Makowskiego, które jest stosunkowo mało popularnym regionem górskim.

Świt z widokiem na Babią
Przygotowania do wyjazdu okazują się większym niż zwykle wyzwaniem. Muszę bowiem zaplanować nie tylko, gdzie będę nocować, ale też jaki sprzęt muszę ze sobą zabrać, by ten jesienny nocleg na dziko i dwudniową trasę bez dostępu do zaopatrzenia przetrwać. Robię szczegółowe rozeznanie terenu i znajduję interesującą miejscówkę noclegową. W Internecie znajduję informację, że poniżej szczytu Mędralowej znajduje się jedna z najlepiej utrzymanych drewnianych bacówek pasterskich. Tam planuję przenocować.
Swoją trasę rozpoczynam na Hali Miziowej. Docieram tam dzień wcześniej z Korbielowa. Wdrapuję się na szczyt Pilska, a potem śpię w luksusowym – jak na tego rodzaju obiekt – schronisku górskim. O wschodzie słońca wychodzę przed schronisko i podziwiam zjawiskowe widoki. Horyzont jest zdominowany przez odległą Babią Górę (1725m n.p.m.). Poniżej w dolinkach zasadzają się poranne mgły, które wyglądają niczym wata pogubiona między lasami.
Śniadanie jem w schroniskowej, bardzo fajnie zorganizowanej kuchni turystycznej. Jest czajnik elektryczny, dostęp do wody, stoły, ławki – wszystko, co niezbędne, aby górski wędrowiec mógł się posilić i odpocząć. Co ważne, kuchnia ta jest dostępna całą dobę, a więc startując na szlak w porze, kiedy bufet jest zamknięty, nie jestem skazana na głodny poranek. Można narzekać, że obiekt nie ma może dawnego klimatu, ale trudno nie docenić takiego udogodnienia.
Ze schroniska na Hali Miziowej ruszam około godziny ósmej. Kieruję się szlakiem czerwonym ku przełęczy Glinne. Niespodziewanie ten prosty odcinek okazuje się męczący, bo niemal bez przerwy muszę szukać obejścia podtopionych odcinków szlaku. Po godzinie docieram do dawnego polsko-słowackiego przejścia granicznego na przełęczy Glinne (809 m n.p.m.). Kiedyś panował tu gwar, turystów nie brakowało. Dziś to miejsce opustoszało i stosunkowo rzadko przejeżdża tędy jakiś samochód.

Na tropie owiec
Dalej kieruję się na wschód. Jako pierwszy zdobywam szczyt o wdzięcznej nazwie Student (935 m n.p.m.). Student okazuje się bardzo mało wyrazisty i całkowicie zalesiony. Najwyższy punkt zdobi jedynie słupek graniczny, przy którym robię sobie pamiątkowe zdjęcie. Na tym odcinku szlak jest ozdobiony wieloma świeżymi odciskami owczych racic. Dziwię się trochę, bo to już przecież jesień i sezon wypasu owiec się skończył. Ale kilkanaście minut później słyszę ich beczenie.
– A jednak sezon się jeszcze nie skończył – oceniam sytuację i postanawiam je odnaleźć.
Rzucam ciężki plecak w pobliskie krzaki i idąc za owczymi śladami, schodzę ze szlaku. Beczenie słyszę coraz wyraźniej i w końcu wychodzę na niewielką łąkę. Są owce i kozy. Jest pies pasterski i baca. A do tego wspaniałe widoki na całe pasmo Pilska. Obrazek sielski, ale mocno skażony cywilizacją. Zbocza górujące nad halą są rozryte. Widać, jak duże fragmenty lasu wycięto, do tego dużo żelastwa i gołej ziemi. Ten smutny widok to narciarska infrastruktura. Niestety, gdy wyciągi są nieczynne, wykarczowany pod nartostrady las przedstawia okropny widok. Choć swego czasu uprawiałam narciarstwo dość intensywnie, startując również w zawodach, nie podoba mi się wpływ, jaki ten sport wywiera na przyrodę. Nie jestem za tym, aby w naszych górach powstawały kolejne i coraz większe ośrodki narciarskie. Wolę dziewicze góry z jak najmniejszą ingerencją człowieka. I z wiekiem mój radykalizm w tym względzie jeszcze się pogłębia.
Wracam na szlak i wędrując niemal cały czas lasem, zdobywam swoje kolejne nieoznaczone w żaden sposób szczyty – Beskid Korbielowski (954 m n.p.m.) i Beskid Krzyżowski (923 m n.p.m.). W zasadzie trudno mi zidentyfikować ich wierzchołki – skoro jednak mój szlak przebiega przez oba szczyty, wiem, że w którymś miejscu góry te zaliczyłam.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też