Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Hiszpania / szlak GR 48

Szlak dojrzewającej szynki

NPM 10/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Dziadek
(fot. Agnieszka Dziadek)
Pod koniec jesieni nie mogę już wytrzymać. Marzy mi się jakaś daleka wędrówka. Z drugiej strony, nie mam też ochoty zbytnio marznąć. Może Hiszpania? Bilety niedrogie, lot nie za długi, śniegu nie będzie, no i nigdy tam nie byłam.

Andaluzja to najcieplejszy region Hiszpanii, przez Cieśninę Gibraltarską graniczy z Afryką. Niewysokie góry Sierra Morena, zasiedlone niegdyś przez Iberów, potem skolonizowane przez Rzymian i zawojowane przez Wizygotów, nadal pozostają dzikie. Dziś stanowią ostatni bastion pierwotnej przyrody, schowanej wśród gajów oliwnych i sadów pomarańczowych.
Szlak Sendero de Sierra Morena ma razem z wariantami prawie 600 kilometrów. Bez wariantów czeka mnie 560 kilometrów wędrówki, od Barrancos na granicy z Portugalią do Santa Eleny, leżącej w połowie drogi między Sevillą a Madrytem. Dziewiątego stycznia przylatuję do Sevilli. Stamtąd muszę się udać na granicę portugalską, najpierw autobusem. Pomimo kompletnego braku znajomości języka hiszpańskiego, udaje mi się poprosić kierowcę, żeby wysadził mnie na skrzyżowaniu z drogą do Barrancos: – Intersección por favor, camino de Barrancos.

Epizod portugalski
Wysiadam z autobusu i wciągam w nozdrza rozgrzane, pachnące ziołami powietrze. Camino de Barrancos to wiejska drożyna, na której prawie nie ma ruchu. Myślę sobie, że będę tu stała wiecznie. Jednak, po zaledwie pięciu minutach oczekiwania, udaje mi się złapać stopa. Zatrzymuje się samochód, kierowca uchyla drzwi. Zapobiegawczo rzucam: – Nie mówię po hiszpańsku. Uśmiechnięty facet odpowiada po angielsku, że on też nie – jest Portugalczykiem. Sérgio zabiera mnie pod sam szlak (o którego istnieniu nie ma pojęcia), opowiadając mi po drodze o życiu na pograniczu, gorących latach, lodowatych zimach (teraz, w południe, jest 14 stopni, prawdziwa zima), występującej tu dzikiej zwierzynie i ludziach, którzy mówią specyficznym dialektem, bo kraj po drugiej stronie granicy należał kiedyś do Hiszpanii.
– Barrancos to jedyna miejscowość w Portugalii, w której w trakcie corridy zabija się byka. Po wszystkim jeszcze tego samego dnia jest wielka impreza, a mięso zjadamy od razu – opowiada Sérgio. – Wiesz, Portugalia jest o wiele fajniejsza, a hiszpańskie jedzenie – okropne! Lepiej się zastanów.
Zostaję jednak przy swoim planie. Wysiadam przy cmentarzu, na szczycie wzgórza, zajętego przez miejscowość składającą się z ciasno upchanych białych domków. Żegnam się z Sérgio w południowym stylu – niedźwiedzim uściskiem i podwójnym cmoknięciem w policzek. Słońce świeci jaskrawo. Znajduję tablicę informacyjną i drewniany słupek maźnięty białą i czerwoną farbą – jestem już na szlaku.
Wszystkie zachodnioeuropejskie GR-y (Wielkie Szlaki, w Hiszpanii noszą nazwę Grandes Recorridos) są znakowane w taki sam sposób – czerwonymi i białymi paskami. Oprócz znaków poziomych i wskazujących zakręt, są także „X” oznaczające niewłaściwą drogę.
Przejście pierwszego, jedynego portugalskiego, kilometra szlaku zajmuje mi trzy razy więcej czasu, niż się spodziewałam. Gubię się od razu, skręcam w ścieżkę wśród kolczastych zarośli, muszę przeskoczyć przez jeszcze bardziej kolczaste ogrodzenie, a w końcu wpadam na stadko owiec, których pilnuje zawzięty owczarek. Nieźle się zaczyna! A przecież za dwa tygodnie mam samolot!
Za granicą przebiegającą na niewielkim strumyku idzie mi już lepiej. Zaraz potem szlak znów znika; nawigacja w telefonie wskazuje, że muszę sforsować Rio Murcigas. Nie jest głęboka, nie sięga mi nawet do kolan, ale mokre buty od razu pierwszego dnia? Nie będzie lekko.
Jednak dalej jest lżej. Długo wędruję drogą wśród niewysokich gór, w ciepłym słońcu. Otaczają mnie na przemian małe dębowe zagajniki i kolczaste krzewy. Ziołorośla pachną odurzająco. Nawet teraz, zimą, kwitną rozmaryny i janowce, brzęczą pszczoły.

Encinasola
Szlak przechodzi przez szereg niewielkich miejscowości; niektóre są tak małe, że nie ma w nich nawet piekarni. Taka właśnie jest Encinasola, pierwsza wieś po hiszpańskiej stronie. Wieczorem wydaje się uśpiona, ale otwarty jest mały kościół, pełen ciemnych obrazów i złoconych rzeźb. Mieszkańcy przechadzają się wąskimi uliczkami, wychodzą na spacer poza obręb murów. Za murami rozciągają się pastwiska i gaje. Ludzie tradycyjnie zajmują się pasterstwem, a wędrowanie mają we krwi. Nie dziwią się więc wcale widząc mnie, zmierzającą w kierunku odległych gór na własnych nogach, z kijkami. Sami mają w rękach kije, nie są to jednak aluminiowe rurki, lecz kije pasterskie, długie i grube, ładnie ociosane. Pora mojej wędrówki budzi już nieco większe zdziwienie, starszy człowiek z uśmiechem zapytuje, gdzie zmierzam i przestrzega przed nadciągającą nocą, wskazując na zegarek.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Hiszpania

Zobacz też