Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Sylweriusz Kosiński

Szewc bez butów nie chodzi

NPM 4/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
(Jakub Terakowski)
Z dr. Sylweriuszem Kosińskim, lekarzem naczelnym TOPR i twórcą Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej, rozmawia Jakub Terakowski

Najpierw został Pan ratownikiem czy lekarzem?

Lekarzem, absolwentem Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po studiach wróciłem w Tatry, jestem rodowitym zakopiańczykiem.

Z dziada pradziada?
Z dziada.

A lekarzem? Czy studia medyczne to tradycja rodzinna?
Nie, dziadek był zarządcą w dobrach hrabiego Zamoyskiego, prowadził też duży dom towarowy przy Krupówkach. Tata był artystą, malował obrazy na szkle. Natomiast ja już w młodości wiedziałem, że chcę być lekarzem.

Dlaczego wybrał Pan anestezjologię?
Bo to dziedzina bardzo wymagająca. Niezbędna jest w niej wszechstronna wiedza i umiejętność wykorzystania wielu technik nieznanych w innych gałęziach medycyny. Anestezjologia zapewnia lekarzowi maksymalną dawkę adrenaliny. A TOPR? Moim mentorem w zakopiańskim szpitalu był dr Józef Janczy, ówczesny kierownik Oddziału Ratunkowego i prezes TOPR. To on właśnie pod koniec lat 90. zaproponował mi udział w szkoleniach. Wciągnęło mnie. Złożyłem papiery, zdałem egzaminy, zostałem przyjęty. Przez 10 pierwszych lat bardzo aktywnie uczestniczyłem w akcjach. Mieszkam blisko lądowiska, więc mogłem szybko zgłosić się na każde wezwanie naczelnika...

Zgodnie z rotą przysięgi...
Od pięciu lat absorbuje mnie przede wszystkim praca szkoleniowa i naukowa. Pełnię funkcję lekarza naczelnego TOPR, jestem członkiem zarządu, ale wciąż mam bliski kontakt z medycyną górską.

Skąd u anestezjologa to szczególne zainteresowanie górami oraz hipotermią?
Medycyna górska ustawia poprzeczkę bardzo wysoko. W szpitalu mam do dyspozycji pełną gamę środków medycznych, wykwalifikowany personel, nowoczesną aparaturę. W górach dysponuję tylko tym, co mam w plecaku i w głowie. W górach też zorientowałem się, jak poważnym problemem jest wychłodzenie. Każdy, nawet najdrobniejszy, uraz powodujący unieruchomienie może prowadzić do dramatycznej w skutkach hipotermii.

Jak dużo zatem jest ofiar hipotermii w Tatrach?
Może to zabrzmi paradoksalnie, lecz dokładnie nie wiemy, gdyż rutynowo poszkodowanym nie mierzy się temperatury na miejscu wypadku.
Rozumiem, że ma Pan na myśli hipotermię głęboką.
Tak, gdyż hipotermii płytkiej, czyli lekkiego wychłodzenia, doświadcza niemal każda ofiara wypadku. Dopiero spadek temperatury wnętrza ciała poniżej 28°C uznajemy za objaw hipotermii głębokiej. Takie przypadki odnotowujemy rzadko, gdyż na ogół turyści są dobrze przygotowani do zimowych wycieczek.

Dobrze? Czyli jak?
Odzież musi być dostosowana do warunków i rodzaju naszej aktywności. Nawet najlepsze ubranie przestanie nas chronić, gdy będzie wilgotne. W górach po pierwsze powinniśmy mieć na sobie odpowiednio dobrany podstawowy zestaw odzieży, a po drugie zapasowy komplet w plecaku. Niebagatelne znaczenie ma też jakość i właściwości tkanin. Często popełnianym błędem jest mieszanie różnych materiałów. Klasyczny, dominujący i najskuteczniejszy model stanowi obecnie tak zwana cebulka. Przed utratą ciepła chroni nas w niej ogrzane powietrze zamknięte pomiędzy warstwami ubrania. Im zatem więcej mamy tych warstw na sobie i im są one grubsze, tym izolacja termiczna jest lepsza. Pierwsza warstwa – ta najbliższa ciała – ma odprowadzać wilgoć; druga – czyli środkowa – grzeje; zewnętrzna chroni przed wiatrem i deszczem. Tyle teoria. W praktyce natomiast jeżeli pod nawet najlepszą odzież zewnętrzną włożymy bawełniany podkoszulek, to cała koncepcja warstw traci sens. Bawełna bowiem chłonie i zatrzymuje naszą własną wilgoć, schnąc powoli. W mniej sprzyjających warunkach może to powodować tylko dyskomfort, lecz w ekstremalnych może być nawet kwestią życia lub śmierci.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też