Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Szczyt nie dla każdego

NPM 10/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Z Edwardem Lichotą, międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV i zawodowym ratownikiem TOPR, rozmawia Michał Parwa  

Czym dla przewodnika górskiego jest Gerlach?
Z całą pewnością każdy przewodnik odczuwa to inaczej, ale dla mnie Gerlach jest górą, na którą najczęściej prowadzi się ludzi. Nie ma się jednak co dziwić, w końcu najczęściej jest tak, że to, co jest „naj” (w tym wypadku najwyższe), staje się zarazem najbardziej popularne.

Jeszcze inny punkt widzenia mają zapewne turyści czy taternicy.
Na pewno dla wszystkich jest to duży masyw. Skomplikowany i niebezpieczny, zwłaszcza w trudnych warunkach. Szczególnie mam tu na myśli osoby, które chciałyby się wybrać na Gerlach samotnie, bez znajomości terenu. Droga na szczyt jest zawiła, a ścieżki nie są tak ewidentne, jak mogłoby się wydawać. Nie zapominajmy jednak przy tym, że Gerlach oferuje wspaniałe wrażenia wspinaczkowe. Ot choćby jego ściana zachodnia czy też mniej uczęszczane, ale też piękne urwisko od strony wschodniej. Nie brakuje tu długich i ambitnych dróg, takich jak np. droga „Martina” prowadząca granią od Polskiego Grzebienia.

Znajdą się zatem i przejścia, których powinien się obawiać tatrzański turysta, chodzący dotychczas jedynie po szlakach.
Zgodnie z przepisami przeciętny turysta nie może się poruszać w masywie Gerlachu samotnie. To jest wyjście poza znakowany szlak, dlatego podczas prowadzenia ludzi cała odpowiedzialność spoczywa na przewodniku i to on podejmuje decyzje. Jeśli chodzi o ubezpieczenia, to kiedyś na Wielickiej Próbie czy Batyżowieckiej był ciąg łańcuchów, ale dziś w trudniejszych miejscach zostało jedynie trochę klamer i koluch. Batyżowiecka Próba szczególnie niebezpieczna robi się podczas załamania pogody i ulewnego deszczu, kiedy z zachodnich partii, a także z masywu Pośredniego i Małego Gerlacha wody spływają prosto do Batyżowieckiego Żlebu i Batyżowieckiej Próby. Im większy opad, tym gorzej. Wtedy musimy się liczyć z zejściem w rwącym potoku. Do tego woda bardzo często niesie ze sobą kamienie. Przeżyłem kiedyś taką sytuację i – zapewniam – wesoło nie było. Zdecydowanie lepiej oszczędzić sobie takich wrażeń. Słowem: czasami lepiej wyjść wcześniej, spędzić mniej czasu na górze, robić krótsze odpoczynki, by później dać z siebie wszystko i jak najszybciej zejść. Turysta jest zwykle w bardziej komfortowym położeniu niż przewodnik, bo nie jest świadomy tego, co w takiej sytuacji może się wydarzyć na Batyżowieckiej Próbie.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też