Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Pieniny / Trzy Korony

Szczęście chodzi w koronie

NPM 1/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Znam wiele szczytów z obłędnym widokiem na Tatry. Ale tylko panorama z Trzech Koron jest jak Neapol. Można ją zobaczyć i umrzeć, bo ośnieżona grań na horyzoncie, morze chmur pod stopami i pustki na platformie widokowej są jak wygrana na loterii. A szczęśliwy los czeka na każdego, kto wejdzie na Okraglicę zakładając pierwsze ślady w śniegu.

Nie będę ukrywał, że mam problem z Trzema Koronami. Nie lubię tego szczytu. Omijam, unikam jak mogę, głównie przez jego popularność. Nie interesuje mnie celebryckość pocztówkowa mierzona setkami ujęć w kalendarzach, wiecznymi kolejkami i niekończącymi się pochodami wycieczek. Trzy Korony są jak Wawel albo rzymska fontanna di Trevi. Wypada je zobaczyć, zaliczyć, ale przecież nie będę wrzucał codziennie pieniążka do tej samej fontanny.
Na drugim biegunie jest Arni. Facet, z którym w górach zjadłem wszystkie zęby, od mleczaków zaczynając. Z Trzema Koronami i ich najbliższym otoczeniem łączy go miłość od pierwszego wejrzenia. Choć ja wolę to zadurzenie nazywać nałogiem. Zwłaszcza, kiedy średnio raz w miesiącu wlecze się autobusem do Krościenka nad Dunajcem i rusza w swoją ulubioną trasę przez Przełęcz Szopka (779 m n.p.m.), wspomniane Trzy Korony, a potem hen w dół do Sromowiec Niżnych. Dlatego jakbyśmy się nie gimnastykowali, wspólny wypad w tę cześć Pienin był dla nas zawsze swego rodzaju tabu. Potrzeba nam było pretekstu – pierwszych lepszych zawodów w sobotni wieczór, amatorskiego biegu górskiego w umiłowanym Krościenku, po jakim raczej nie będzie sił na dłuższe niedzielne wyrypy. Jakby tego było mało, nocleg wypadł nam w schronisku Trzy Korony w Sromowcach Niżnych. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Pierwszy krok w bieli
Słońce budzi nas po siódmej. Za oknem trwa spektakl żywiołów, gdy skalista dolina Dunajca próbuje zrzucić z siebie pierzynę chmur. Ponad tą przepychanką wyrasta najwyższa pienińska góra. Właściwie to pięć wapiennych turni z dominującą Okrąglicą (982 m n.p.m.). Opatuleni w śpiwory patrzymy przez chwilę z Arnim raz na nią, raz na siebie i już wiemy, co nas dzisiaj czeka.
Wierny swojej filozofii, wciąż nie palę się do wymarszu. Moje ostatnie tête-à-tête z tym wierzchołkiem zaliczyłem jeszcze w czasach studenckich, co w zasadzie powinno mi wystarczyć. Andrzej też się nie wyrywa, bo fotki w okolicy robił ledwie dwa tygodnie temu. Tyle, że to najprostszy, najbliższy szlak, wychodzący praktycznie z jadalni. A z lekkim mrozem na czubku nosa i chrupiącą warstwą śniegu pod stopami to nawet alejki w parku są ciekawe.
Żółte znaki kierują nas do Wąwozu Szopczańskiego. Dziś cichego, bezludnego, w niczym nieprzypominającego gwarnego kanionu ze szczytu sezonu. Co więcej, po nocnych opadach śniegu nie widać przed nami żadnych śladów. I chyba w tym tkwi sekret mojego pienińskiego antagonizmu. Nigdy nie mierzyłem się z tym pasmem w takich warunkach, niemal samotnie. Ba! Nie przypuszczałem, że takie pustki na trasie są tu w ogóle możliwe.
Szopka z nadzieją
Przyznaję, wizualnie jest co najmniej tak dobrze, jak w tatrzańskiej Dolinie Kościeliskiej. Z jednej strony urwiska Trzech Koron, z drugiej skałki Podskalniej Góry (743 m n.p.m.). A pośrodku wąska ścieżka i Szopczański Potok ledwo mieszczący się między wysokimi ścianami. Na dodatek z tych najbardziej stromych wciąż zwisa lód, przybierając fantazyjne białe formy.
– I naprawdę nikt nie wstał przed nami z łóżka, żeby te cuda obfotografować? – nie możemy się nadziwić.
Im dalej w las, tym robi się szerzej. Pojawiają się piargi, Rojowa Skała (630 m n.p.m.) i – jak twierdzi nasza mapa – kilka jaskiń, które niegdyś miały dawać schronienie zbójnikom zasadzającym się tu na podróżnych. Biorąc pod uwagę zakosy, wynoszące nas w kierunku Czoła (815 m n.p.m.), pozycję wybrali sobie przyzwoitą. Ofiary w dole, praktycznie na widelcu, plus ten znakomity punkt obserwacyjny spod Kopy Siana (837 m n. p. m). Co tu dużo mówić, nazwa idealnie oddaje wygląd tej turni. Chociaż Kazimierz Sosnowski, pomysłodawca Głównego Szlaku Beskidzkiego, pisał o niej: „Zupełnie jakby koniec olbrzymiego miecza z ziemi wystawał”. I jest w tym ziarno prawdy, szczególnie, że wapienny kolos jeszcze lepiej prezentuje się z pobliskiej Polany Szopka.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Pieniny
Polska

Zobacz też