Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Ukraina

Świdowiec pod psem

NPM 10/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Widok na Rachów i Dolinę Czarnej Cisy (fot. Rafał Żyła)
Pamiętacie pierwsze ujęcia „Szeregowca Ryana”, gdy niemieckie karabiny maszynowe koszą amerykańskich chłopców podczas lądowania w Normandii? Mniej więcej takie dźwięki prześladują nas w samochodzie. Deszcz uderza w dach jak szalony. Tak jeszcze ma lać przez tydzień. Dokładnie tyle, ile mamy urlopu.

Jechaliśmy setki kilometrów, żeby znaleźć się tutaj – w słowackich Michałowcach. Celujemy w sam środek wielkiego dywanu ciemnych chmur, szczelnie pokrywających połowę kontynentu. Zmierzamy aż na kraniec ukraińskiego Zakarpacia, gdzie na południe od Gorganów, a na zachód od Czarnohory znajduje się pasmo Świdowca.
Od dobrych paru miesięcy z kolegą Janosikiem pracowicie układaliśmy scenariusz tego wyjazdu. Po pierwsze – termin. A zgranie terminu urlopu z młodym lekarzem nie jest łatwe. W końcu udało się nam umówić na wrzesień.
– To świetnie! Przecież wtedy w górach jest najlepsza pogoda – pomyślałem.
Po drugie – cel. Świdowiec to pasmo połoninne, otoczone prawdziwym morzem innych pasm, słynące z rozległych widoków. Nie pierwszy raz wybieramy się w Karpaty Wschodnie. Wiemy więc, że czeka nas kilka dni prawdziwej górskiej wolności, włóczęgi z namiotem z dala od cywilizacji, hałasu i zgiełku tłumów. Tego nam trzeba. Wobec takich projekcji nawet czarnowidztwo pogodowe, ziejące z telewizora i internetu, nie może nas zniechęcić. Przecież nie zostaniemy w domu…

Ukraina inaczej
Zostawiamy auto na przyhotelowym parkingu w Michałowcach i objuczeni plecakami ładujemy się do busa, który zawiezie nas do Użhorodu, stolicy Zakarpacia. Po drodze mijamy wielokilometrowe węże tirów, czekających na odprawę. Na ziemi ukraińskiej witają nas wszechobecne tryzuby na państwowych godłach, pospołu z postsowieckim reliktem – kilkupiętrowym betonowym żołnierzem.
Zdecydowana większość polskich turystów wybierając się w Karpaty Wschodnie, wybiera dojazd od północy – przez Lwów. My, eksperymentalnie, a także wiedzeni czystą ciekawością, postanawiamy dotrzeć w góry od południowej, zakarpackiej strony.
Niewiele widać przez brudne i ociekające strugami deszczu szyby autobusu, ale wystarczająco dużo, by potwierdzić, że Zakarpacie istotnie różni się od „galicyjskiej” części Ukrainy. Nieco lepsze drogi, więcej nowych i odnowionych budynków, dobre samochody. Przyroda – bardziej południowa. Parki pełne drzew z wielkimi liśćmi, które kojarzymy raczej z południem Europy. Kolejnymi busami jedziemy na wschód i wrażenie odmienności się pogłębia. Domy w mijanych wsiach wyglądają zupełnie jak w Bułgarii – każdy z malutkim podwórkiem, zakrytym obrośniętym winoroślą rusztowaniem. Gdzieniegdzie pojawiają się napisy w języku węgierskim.
Nie dziwota. O odrębności Zakarpacia decyduje nie tylko geografia, ale i jego historia. Przecież przez setki lat kraina ta była częścią Królestwa Węgierskiego. W okresie międzywojennym Ruś Zakarpacka należała do Czechosłowacji, a w czasie II wojny światowej
– znów do Węgier. Dopiero w 1944 roku region dostał się Sowietom. W efekcie do dziś kilkanaście procent ludności mówi po madziarsku, a na saksy jeździ się nie do Warszawy, lecz do Pragi czy Bratysławy.
Po południu docieramy do Rachowa, miasteczka, będącego centrum turystycznym wschodniego Zakarpacia. Przed ulewą chronimy się w przyjemnej knajpce, oferującej doskonałe i tanie jedzenie. Ale w końcu przychodzi moment, kiedy trzeba znów wyjść na zewnątrz…


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Gorgany, Świdowiec i inne pasma ukraińskich Karpat Wschodnich

Zobacz też