Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Chiny

Świat bajkowych nazw

NPM 4/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Karolina Bednarz
(fot. Karolina Bednarz)
Żółte Góry, Huangshan, to jedno z najpopularniejszych turystycznych miejsc w Chinach… I nic w tym dziwnego. Strzeliste skały, powyginane w dziwnych pozach sosny i ucieczka od spiekoty słońca sprawiają, że to idealne miejsce na odpoczynek od lata.

Przygoda zaczyna się już w drodze. Pociąg z ogromnego dworca w Huangzhou pełen jest weekendowych turystów, którzy chwilę po znalezieniu swojego miejsca rozpoczynają ucztę. W ruch idą ekspresowe zupy, termosy, słodycze, tak jakby każda chwila bez ucztowania była stracona. Po ogromnym posiłku – przedział pełen jest całej gamy zapachów i dźwięków (w tym mlaskania) – większość zapada w drzemkę. Ja jednak przez całą drogę oglądam zmieniający się krajobraz, który z czasem widzę coraz rzadziej, bo co chwilę jedziemy przez jakiś tunel.
Po czterech godzinach dojeżdżamy na miejsce, a tam… pustki. Nowy dworzec wybudowany na środku niczego, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, mimo że nazwa na tablicach uparcie twierdzi, że to Huangshan w prefekturze Anhui. Z dyskusji z taksówkarzami i paniami w informacji turystycznej prowadzonej na migi dowiaduję się, że do miasta czeka mnie jeszcze kilkadziesiąt minut jazdy, a stamtąd muszę złapać kolejny bus. Jestem w Tunxi, które zostało przechrzczone na Huangshan, mimo że do Żółtych Gór stąd jeszcze kawał drogi. Docieram na miejsce dopiero dwie godziny później, zmęczona i zmulona po wariackiej jeździe krętymi drogami. Ale przynajmniej jestem tuż obok Żółtych Gór.

Kolejka jak na Kasprowy
Rano właściciel pensjonatu podrzuca mnie pod kolejkę górską, która ma mnie podwieźć trochę w górę. Wydaje mi się, że jestem tam niesamowicie wcześnie. Wyjechałam z samego rana, ze śniadaniem w torbie, lecz na miejscu i tak odbijam się od tłumu oczekujących. Słońce nie ma litości, nawet tak wcześnie. Zaczynam wątpić, czy ta wycieczka to dobry pomysł, zwłaszcza gdy kolejne osoby wytykają mnie palcami i krzyczą na mnie: – Laowai! Cudzoziemka! Niektórzy podchodzą do mnie, żeby zrobić sobie ze mną zdjęcie. Inni robią je po kryjomu. Są też tacy, którzy potrafią podejść i oślepić mnie fleszem. Mimo że jestem w podróży po Chinach już kilka tygodni, nadal się do tego nie przyzwyczaiłam.
Godzinę później jadę już kolejką i wiem, że jednak było warto. Podjęłam dobrą decyzję, skracając wspinaczkę o kilka godzin, bo nie miałaby ona sensu w takim słońcu. Niepotrzebnie bałam się, że resztę dnia spędzę w kolejce albo w tłumie. Mało kogo interesuje chodzenie, większość zadowala się sesją zdjęciową metr od wyjścia z wagonika i wraca na dół godzinę później. Wielu z nich nie zobaczy nigdy ani jednego kamiennego stopnia – a jest ich na terenie gór ponoć prawie 60 tysięcy! Niektóre zostały wykute prawie 1500 lat temu!

Słynna mgła
Wymijam tłum kłębiący się przy stacji na górze i od razu czuję ulgę. Jakby kamień spadł mi z serca. Mogę odetchnąć świeżym, chłodnym powietrzem i spojrzeć na strzeliste skały pokryte cienką warstwą mgły, która nadaje całemu miejscu niesamowitą atmosferę. Nic dziwnego, że Huangshan stały się inspiracją dla twórców „Avatara”. To tutaj kręcono także słynny film „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Turyści przyjeżdżają tu z całego świata, żeby zobaczyć owo „morze chmur”, yúnhăi, w którym toną dziesiątki mniej i bardziej ostrych szczytów przez ponad 200 dni w roku.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też