Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Jaga Filipczyk

Strome podejścia to moja specjalność

NPM 1/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. archiwum Jagi Filipczyk)
Z seniorką Jagą Filipczyk, uczestniczką wyprawy na Kilimandżaro i trekkingu wokół Mont Blanc, rozmawia Jakub Terakowski

Kobiet nie wypada pytać o wiek...
A mnie nie wypada nie zapytać... (śmiech) Mam 76 lat.
Zupełnie tego nie widać…
No cóż, jeszcze nikt nigdy nie ustąpił mi miejsca w tramwaju... (śmiech)
Jest Pani chyba najstarszą Polką, która ruszyła na Kilimandżaro.
Być może. To było już trzy lata temu, ale forma nadal mi dopisuje. Najlepszy dowód to fakt, że w październiku wróciłam z rowerowej wyprawy do Santiago de Compostela, gdzie wybrałyśmy się z koleżanką. Natomiast na trekking wokół Mont Blanc i na Kilimandżaro pojechałam z grupą zorganizowaną przez biuro turystyczne.
Skąd pomysł na Kilimandżaro?
Po amputacji piersi lekarz powiedział, że wprawdzie mam dużą szansę na wyleczenie, lecz już zawsze będę „siedzieć na bombie”. Postanowiłam nie siedzieć bezczynnie… W 2012 roku wzięłam więc udział w trekkingu wokół masywu Mont Blanc, zorganizowanym przez Fundację „Pokonaj Raka”. To był wyjazd przygotowujący do wyprawy na Kilimandżaro, ale na dach Afryki chętnych było tak wielu, że mnie nie zakwalifikowano. Przyjęto osoby młodsze, chociaż formą od nich nie odstawałam. Cóż, vis maior [siła wyższa]… Od początku wiedziałam, że przy nadmiarze zgłoszeń część trzeba będzie odrzucić, i trafiło na mnie. Nie poddałam się. Uparłam się i zbuntowałam, bo od dawna marzyłam o wejściu na dach Afryki. I rok później postawiłam na swoim: ruszyłam na Kilimandżaro. Pojechałam z grupą prowadzoną przez Monikę Witkowską. Oczywiście byłam najstarsza wśród uczestników. Następna w tym zestawieniu koleżanka, z którą się wybrałam, ledwie skończyła sześćdziesiątkę. Nie czułam się jednak słabsza od pozostałych, przewodnik wciąż mnie powstrzymywał: pole, pole (wolniej, wolniej) – powtarzał. Chciał mi dać nieco więcej czasu na aklimatyzację, no i chyba obawiał się, że upadek starszej pani może mieć fatalne konsekwencje. Ale obyło się bez potknięć.
Weszła Pani na sam wierzchołek Uhuru Peak?
Niestety nie, zabrakło mi dosłownie godziny. Tuż przed szczytem dopadł mnie rozstrój żołądka, bardzo nieprzyjemny, pomińmy szczegóły. Zawróciłam na wysokości 5800 m n.p.m. [Kilimandżaro leży na 5895 m n.p.m. – red.]. Byłam w dobrej formie. Wiem, że mogłam przejść ten ostatni odcinek, lecz pokonał mnie mój własny brzuch… (śmiech) Nigdy nie miałam takich dolegliwości, nie byłam więc na nie odpowiednio przygotowana. Przypuszczam, że w ten sposób objawiła się u mnie choroba wysokościowa.
A nie dokuczał Pani brak tlenu?
Nie, czułam wprawdzie jego deficyt, lecz wyrównanie i pogłębienie oddechu wystarczyło, aby dyskomfort ustąpił.
I nie było Pani zimno?
Było, ale z tym się liczyłam i byłam na to przygotowana. Wiedziałam, że do Afryki należy koniecznie zabrać kurtkę puchową… (śmiech) Popełniłam tylko jeden błąd: idąc na szczyt, wzięłam wodę do bidonu, więc po kilku godzinach marszu miałam w nim bryłkę lodu. Na szczęście przewodnik zadbał o gorącą herbatę w termosie. Młodsi uczestnicy naszej wyprawy nawet bardziej narzekali na zimno niż ja, ale to zapewne kwestia indywidualnego przyzwyczajenia i odporności. Mnie zahartowały narty. Zauważyłam, że nawet wtedy, gdy syn wkłada pod kombinezon kalesony, to ja wciąż obywam się bez nich, bo nie czuję chłodu. 

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też