Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Tatry Niżne

Sto kilometrów na celowniku

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Muzińska
(fot. Agnieszka Muzińska)
Nie wiesz, gdzie jechać na długi weekend? Kochasz tatrzańskie krajobrazy, ale obawiasz się majówkowych tłumów? Tęsknisz za ciszą i dzikością? W Tatrach Niżnych znaleźć można wszystko – surowe krajobrazy masywu Kráľovej hoľi, poszarpane granie Tatr Dziumbierskich i prawie bieszczadzkie połoniny.

Po nocy spędzonej w autobusie do Zakopanego musimy wykombinować dojazd w Tatry Niżne. Moja towarzyszka, również Agnieszka, wszystko sprawdziła. I choć najbliższy autobus z Łysej Polany do Popradu miał być dopiero o 10, to byłyśmy niemal pewne, że w okolicach długiego weekendu bez problemu dostaniemy się tam autostopem. Bus dowozi nas do granicy polsko-słowackiej o ósmej.
– Dobry czas! – wymieniamy się uśmiechami. Optymizm topnieje w miarę upływu kolejnych godzin. Ostatecznie trafiamy do planowanego wcześniej autobusu. W Popradzie też przychodzi nam poczekać na komunikację lokalną do Telgártu. Zmęczenie podróżą i przesiadkami znika jednak, gdy wysiadamy w okolicach Vernára, jeszcze przed miasteczkiem, przy odbiciu na szlak.
– Wreszcie jesteśmy zależne tylko od
własnych nóg! – myślę z ulgą, gdy wreszcie ruszamy. A w planie mamy całą grań Tatr Niżnych… Bagatela, 100 kilometrów.
Przez pierwsze trzy dni przemierzamy Tatry kralovoholskie, po drodze mijając najpopularniejszy szczyt tego pasma –Kráľovą hoľę (1946 m n.p.m.). Odkąd wychodzimy powyżej górnej granicy lasu, nie mogę się nadziwić, jak bardzo Kráľova
i jej okolice przypominają mi nasze Karkonosze. Dalej na grani mijamy Orlovą
(1839 m), a na Bartkovej (1570 m) pozwalamy sobie na dłuższą przerwę, bo widoki robią wrażenie. Całe Tatry Wysokie widać jak na dłoni, a całość dopełnia miękkie światło zachodzącego słońca. W trakcie tego pierwszego etapu bez trudu zdobywamy też Veľką Vápenicę (1691 m).

Burza atakuje, trzeba czekać
Trzeci dzień przejścia grani wita nas łaskawie bezdeszczową pogodą. Dziś planujemy dotrzeć w najwyższą część Tatr Niżnych. Oczywiście, żeby wejść wyżej, trzeba najpierw zejść. Z útulňi Ramža docieramy do zajazdu Čertovica. To dobre miejsce na postój i kufel zimnej kofoli lub rozpoczęcie przygody z Tatrami Dziumbierskimi. Jednak nauczone doświadczeniem poprzedniego dnia, kiedy to przemokłyśmy do suchej nitki, nie przedłużamy odpoczynku.
– Trzeba iść, zanim zaczną się zbierać burzowe chmury! – mówi Aga, a ja bez dyskusji pakuję ostatnie rzeczy do plecaka. Zaraz za zajazdem czeka nas strome podejście wzdłuż narciarskiego stoku. To pierwszy tak wymagający odcinek za Kráľovą hoľą.
Łatwiej robi się, kiedy osiągamy Lajštroch (1601 m n.p.m.). Stąd czeka nas zejście przez Kumštové sedlo (1548 m), a na nim zaczynamy niecierpliwie wyglądać Dziumbiera (2043 m) – najwyższego szczytu Tatr Niżnych. Pojawiają się rozległe widoki, a co za tym idzie… równie doskonale widać nadciągającą burzę, i to kolejną!
– Iść dalej czy gdzieś się schować? – rozważamy.
Analizujemy wszystkie opcje, a gdy ciszę przerywają pierwsze grzmoty, decydujemy się przeczekać najgorsze w płacie kosodrzewiny. Jest tak gęsta i wysoka, że można zagubić się w wydeptanych tutaj ścieżkach. Siedzimy bezradnie na plecakach. Wszystko jest mokre, a my czujemy się jak gąbki, które chłoną całą wilgoć. Kiedy burza wydaje się odsuwać na bezpieczną odległość, a my zaczynamy trząść się z zimna, zapada decyzja o kontynuowaniu wędrówki. Zdobywamy Pańską Holę (1635 m n.p.m.). Chmury przetaczają się przez grań, aż wreszcie odsłaniają widok na upragniony Dziumbier.
Pod nim znajduje się nasz dzisiejszy cel i ratunek dla przemoczonych rzeczy –Štefánikova chata. Docieramy do niej po południu. Pierwsze dwie godziny mijają nam na siedzeniu przy grzejniku, suszeniu ubrań i popijaniu piwa, które, jak wiadomo, całkiem nieźle poprawia humor po górskich przygodach.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Niżne
Słowacja

Zobacz też