Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Karpaty Wschodnie

Spór o znaki

NPM 9/2012
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Ukraińsko-polsko-czeska ekipa znakarska w Gorganach (fot. archiwum Wasyla Hutyriaka)
Dla wielu z nas ukraińskie Karpaty są symbolem dzikości. Wciąż działa magia wielogodzinnej wędrówki niewyraźną ścieżką, z reprintem przedwojennej mapy w ręku. Powstająca na Ukrainie sieć znakowanych szlaków budzi różne emocje. Wielowątkowa dyskusja wpisuje się w odwieczny problem – czy i jak chronić, czy i jak udostępniać?

Przed stu laty Mieczysław Orłowicz pisał: „Nie ma w Karpatach północnych, ani po naszej, ani po węgierskiej stronie drugiego pasma gór, które byłyby tak puste, bezludne, niedostępne, odległe od siedzib ludzkich, a przy tym tak nieznane i niezwiedzane jak Gorgany”.
Dziś, choć Gorgany i Czarnohora nie rozdzielają już Galicji od Węgier ani – jak przed II wojną – Polski od Czechosłowacji, jedno się nie zmieniło. Właśnie ze względu na znikomą infrastrukturę i wciąż słyszalne echo dawności te pasma przyciągają naszych górołazów. Uciekamy więc z zatłoczonych i przeładowanych cywilizacją polskich gór. Szukamy swobody przejawiającej się w możliwości rozbijania się „gdziekolwiek”, a także w wędrówce „gdzie oczy poniosą”. Bez wszechobecnych znaczków na każdym zakręcie ścieżki.
To się jednak zmienia. W górskich miejscowościach mnożą się prywatne kwatery, rozbudowuje się infrastruktura drogowa i narciarska. Zaś tam, gdzie do niedawna można było liczyć tylko na mapę i kompas, pojawiły się znaki znane nam z wędrówek po polskich, czeskich i słowackich górach – kolorowy pasek pomiędzy dwoma białymi paskami.

1000 kilometrów znaków
Od 2002 roku w ukraińskich Karpatach oznakowano ponad 1000 kilometrów szlaków w Czarnohorze, Gorganach i wschodnich Bieszczadach. Po północnej stronie gór znakowanie prowadzi ukraińska fundacja Karpackie Ścieżki (www.stezhky.org.ua). Po stronie zakarpackiej wiodącą rolę odgrywają wolontariusze z Czech i z Polski, współpracując z HPRZ – ukraińskim odpowiednikiem naszego GOPR-u. Pomocy udzielają organizacje czeskie i polskie organizacje pozarządowe, a we wsparcie finansowe włączyły się rząd Republiki Czeskiej oraz polskie MSZ (grant „Polska pomoc”).
Przykładem międzynarodowego współdziałania są obozy znakarskie, w których uczestniczą Czesi, Polacy i Ukraińcy. Sposób znakowania odwołuje się odpowiednio do polskiego i czesko-słowackiego modelu. Znaki malowane po stronie galicyjskiej mają wielkość 15 x 10 cm, a na drogowskazach z nazwami ukraińskimi oraz w transkrypcji angielskiej znajdziemy, tak jak w Polsce, informację o czasie przejścia. Z kolei sposób znakowania na Zakarpaciu odwołuje się do czesko-słowackich standardów (10 x 10 cm, drogowskazy z dystansem w kilometrach).
Organizacje zajmujące się znakowaniem zabiegają też o umieszczanie wyznakowanych tras na mapach i w przewodnikach. Ich sympatycy angażują się w akcje sprzątania śmieci czy remonty chatek noclegowych, takich jak ta pod Koniem Grofeckim.
Działalność znakarska wywołuje jednak kontrowersje. Wystarczy zajrzeć na fora internetowe, na przykład na www.karpatywschodnie.pl. Dlaczego jedni są zwolennikami znakowania, a inni – zagorzałymi przeciwnikami?
Od czasu, kiedy zdumiony zobaczyłem gdzieś pod gorgańską Popadią pierwszy znak, przeczytałem setki internetowych postów. Skontaktowałem się z inicjatorami i kontestatorami znakowania. Szkoda, że niektórzy kategorycznie odmówili wypowiedzi dla „n.p.m.”. Zainteresowanych zachęcam jednak do wizyty na wspomnianym portalu, co na pewno pomoże w wyrobieniu własnego zdania na ten temat.

Lunapark dla stonki?
Choć góry na Ukrainie uważamy za znacznie mniej zagospodarowane niż w Polsce, i tam czas nie stoi w miejscu. Oznacza to również rabunkową gospodarkę leśną, niekontrolowany wykup ziemi, działalność budowlaną ograniczoną jedynie fantazją właściciela, a także prowadzone z coraz większym rozmachem inwestycje narciarskie, takie jak kompleks Bukowiel. Wszystko to w kraju, w którym naginanie przepisów i łapownictwo odbywa się na znacznie większą skalę niż nad Wisłą. Bywa, że eksploatacji przyrody sprzyja miejscowa ludność. W każdym miejscu na świecie trudno przekonać „górali” do ochrony przyrody, jeśli nie wynikają z tego dla nich jakieś profity. Z czegoś żyć przecież trzeba – na przykład z wyrębu lasów czy kłusownictwa.
To właśnie chęć zagospodarowania gór w taki sposób, aby aktywni turyści dostarczyli nowego źródła dochodów mieszkańcom górskich miejscowości, legła u podstaw inicjatywy znakarskiej w Karpatach Wschodnich. Sceptycy wskazują jednak, że tradycyjny trekkers raczej nie da dużo zarobić miejscowym. Ale szlaki to nie wszystko.
– W Osmołodzie przez ostatnie sześć lat powstało dużo domów gościnnych po tym, jak wyznakowaliśmy tam szlaki. I coraz więcej ludzi chce tam wędrować – mówi Wasyl Hutyriak, szef stowarzyszenia Karpackie Ścieżki.
– Znakowanie ciągnie za sobą mapy, miejsca biwakowania, co też jest pozytywne – dodaje Taras Bandriwśkyj, zapalony turysta ze Lwowa.
Szlaki, kwatery, sklepy – to wszystko napędza efekt śnieżnej kuli, nakręca model turystyki znany nam z Polski. Co jednych cieszy, innych przeraża. Na forach nie brakuje głosów, że od znakowania i kwater, przez remonty dróg prowadzi prosta droga do maksymalnego uprzystępnienia gór, komercjalizacji i zaśmiecenia. „Napływ stonki”, „lunapark” – to tylko niektóre określenia z postów. Adwersarze wskazują zagrożenia dla przyrody, zaś druga strona podkreśla, że takie zagospodarowanie gór tworzy dla nich szansę na lepszą ochronę.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Gorgany, Świdowiec i inne pasma ukraińskich Karpat Wschodnich

Zobacz też