Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Ignacy Walek Nendza

Specjalista od pożegnań

NPM 7/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
()
Z Ignacym Walentym Nendzą, alpinistą, rozmawia Jakub Terakowski  

Słyniesz z opowiadania dowcipów...
Najbardziej lubię te o sobie: „Zmarł Nendza, przychodzi do niebios bram i stuka, lecz Święty Piotr nie chce mu otworzyć. Bezskutecznie dobija się i kołacze. W końcu sam Pan Bóg usłyszał ten hałas: – A któż się tam tak tłucze? – pyta. – Waluś Nendza – odpowiada Święty Piotr. I tłumaczy: – Nie wpuszczam go, bo dla alpinistów nie mamy już wolnych miejsc. – Wpuść go – Pan Bóg na to. – Jaki tam z niego alpinista...”. (śmiech)

Kim zatem, jeżeli nie alpinistą, jest Waluś Nendza?
Świadkiem historii, dziejów, epoki. I coraz częściej specjalistą od pożegnań... Po raz pierwszy żegnałem przyjaciela już w roku 1971. Wtedy to zespół z naszego katowickiego HKT [Harcerskiego Klubu Taternickiego], w składzie: Jurek Kukuczka, Andrzej Baran i Piotr Skorupa, podjął próbę przejścia diretissimy Kazalnicy Mięguszowieckiej. Nikt przed nimi nie pokonał tej drogi zimą. Czasy były biedne, sprzęt byle jaki, kieszenie puste. Wielu znanych taterników wyławiało monety z Morskiego Oka, aby zapłacić w schronisku za obiad… Wielu też dorabiało, przewożąc turystów łódką, kursującą wówczas w poprzek tafli jeziora. Chłopcy rozbili namiot we wnęce pod schodami schroniska, bo nie stać ich było na pokój, i bałamucili kucharki, licząc na miskę gorącej strawy. Na Kazalnicy wspinali się metodą „szybkiej trójki”: Jurek z Andrzejem prowadzili, a Piotr transportował sprzęt. Minęli już najtrudniejszy odcinek, gdy ławeczka z dykty, na której siedział Skorupa, nagle pękła na pół... Nazajutrz pojechałem do kostnicy. Piotr, obłożony kosówką, wyglądał, jak gdyby spał, ale tylko z prawego profilu, bo lewą połowę czaszki miał zmasakrowaną. Ten widok nadal staje mi przed oczami, ilekroć poczuję zapach kosówki... Postanowiliśmy, że zamkniemy trumnę i nie pozwolimy jej otwierać, aby oszczędzić tego koszmaru mamie Piotra i jego siostrom. To był pierwszy pogrzeb w naszym środowisku.

Wielu znanych wspinaczy wywodzi się z HKT.
W przyszłym roku klub będzie obchodził 50. rocznicę istnienia. Jak powstał? Ten zakątek Katowic – Wełnowiec, Bogucice, Dąb – tworzyły biedne, robotnicze dzielnice. Na początku lat 60. prowadziłem tu drużynę harcerską. Jeździliśmy na rajdy piesze, lecz wciąż było nam mało – potrzebowaliśmy mocniejszych wrażeń. Stworzyliśmy więc zastęp grotołazów, skończyliśmy kurs jaskiniowy zorganizowany przez Klub Wysokogórski i w 1965 roku przekształciliśmy się w HKT. Kukuczka trafił do nas z Bogucic, Palus z Wełnowca, Hajzer ze szkoły nr 4. Nie miał jeszcze wymaganych 16 lat, gdy przyszedł do mnie po raz pierwszy, lecz przymknąłem na to oko i zgodziłem się, aby kurs wspinaczkowy skończył nieoficjalnie. Umówiliśmy się, że certyfikat otrzyma w dniu urodzin, i tak też się stało. Dzień później, z „glejtem” w plecaku, pojechał na Halę Gąsienicową, na kurs taternicki.

Artura też przyszło Ci pożegnać...
Iza, jego żona, poprosiła mnie, abym zadbał o pogrzeb. – Religia nigdy nie była nam zbyt bliska, ale na pewno wiele osób będzie chciało pożegnać Artura w kościele – powiedziała. Pojechałem do księdza Puchały [ks. Stanisław Puchała do 2013 roku był proboszczem katowickiej archikatedry – przyp. red.]. Zgodził się odprawić mszę w katedrze i udostępnił pomieszczenie na stypę. To był dla mnie potężny cios. Artur nie wspinał się przez 15 lat; złościł się jednak, gdy nazywano go byłym himalaistą – i w końcu wrócił w góry. Szybko zobaczył tam żółtą kartkę: złamał nogę na Broad Peaku, a pod Ciemniakiem porwała go lawina, lecz zlekceważył te ostrzeżenia. Ja również je zignorowałem. Gdy Jurek Kukuczka kompletował Koronę Himalajów i tracił kolejnych partnerów, to bałem się o niego „statystycznie”, natomiast o Artura byłem spokojny, dziwnie pewny, że nic mu nie grozi.

Skąd ta pewność?
Artur zawsze był bardzo ostrożny. Pamiętam go od naszej pierwszej wspólnej wspinaczki, gdy miał kilkanaście lat. Nawet wtedy nie ponosiła go młodzieńcza brawura. Prowadzę ludzi w góry, chodzę z nimi, a potem żegnam… Trudna to rola. Równie trudna, jak zdobywanie szczytów. Jestem jednak człowiekiem wierzącym i stąd moje głębokie przekonanie, że tak jak nie decydujemy o tym, kiedy na ten świat przychodzimy, tak też nie mamy wpływu na moment odejścia.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też