Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Apeniny

Śnieg, confetti i biała pustynia

NPM 2/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Szymon Rzeźwicki, Łukasz Stempek
Monte Porrara nie wyróżnia się spośród innych szczytów wysokością, ale smukłą, ostrą granią (fot. Szymon Rzeźwicki, Łukasz Stempek)
Czy góry mogą być jeszcze bardziej porywające? Tak! Zwłaszcza gdy przed oczami ukaże się dziki masyw, a w ręce mamy z trudem zdobytą mapę i dość lakoniczny przewodnik. Do tego tydzień wolnego i plecak z wszystkim, co niezbędne. Taką właśnie rzeczywistość znaleźliśmy w Apeninach Środkowych, do których wrota stanowił Rzym.

Mimo że jest luty, po wyjściu z samolotu uderzają w nas masy ciepłego powietrza. Odnajdujemy autobus do Sulmony, pięknej mieściny w sercu gór, położonej około 160 kilometrów na wschód. Po dwóch godzinach jazdy autostradą wysiadamy z pojazdu z wgniatającymi nas w ziemię plecakami, z prowiantem na przynajmniej cztery dni i rozglądamy się po mieście.
Jesteśmy w miejscu narodzin Owidiusza, słynącym z wyrobu confetti. Ale nie tych papierowych kółeczek wyrzucanych w powietrze na różnych imprezach, lecz charakterystycznych małych słodyczy – najczęściej migdałów w słodkiej polewie. Tutaj to najbardziej popularny produkt regionalny. Nas jednak bardziej zaskakują zaspy śniegu i ulepiony w parku bałwan, który złośliwie stoi pośród palm.

Szkoła wytrwałości
Nasz pierwszy cel to szczyt Monte Genzana (2170 m n.p.m.), leżący w masywie Abruzzo. Z Sulmony (405 m n.p.m.) dotrzemy do niego 10-kilometrowym pokaźnym grzbietem. Początkowo nie prowadzi nim żaden szlak, schodzimy więc z odśnieżonej szosy do miejscowości Introdacqua, prosto w gaj oliwny. Śniegu jest naprawdę wyjątkowo dużo. Pokryte grubą warstwą bieli drzewa oliwne mają często połamane gałęzie. Miejscowi mówią, że takiej zimy nie było tu od wielu lat. Szybko przekonujemy się też, że w takich warunkach zdobywanie góry nie pójdzie nam tak szybko, jak zakładaliśmy. Nie mamy wszak rakiet śnieżnych.
– Chyba nie ma sensu przedzierać się przez te krzaki całą noc. I tak szliśmy dzisiaj całe popołudnie, rozbijmy namiot – proponuje Szymon.
Po ponad godzinie marszu w świetle czołówek, znajdujemy płaskie miejsce bez jałowców, gdzie rozstawiamy namiot. Jesteśmy naprawdę zmęczeni, mimo że przeszliśmy ledwie ułamek naszej drogi i nie osiągnęliśmy na razie żadnego szczytu.
Następne półtorej doby to brnięcie w kombinacji wszelkiego rodzaju wiecznie zielonej, kolczastej roślinności z mokrym śniegiem.
– Uważaj na bukszpany pod śniegiem, bo możesz wpaść po… pas biodrowy – ostrzegamy się nawzajem.
Jednak pytanie „Co my tutaj robimy?”, stawiamy sobie dopiero po południu, kiedy w tempie paru kroków na minutę zmagamy się z nieprawdopodobnie stromym, kilkudziesięciometrowym leśnym zboczem, na którym zgromadził się śnieg. W dole widzimy miejsce, z którego startowaliśmy rano, i wcale nas nie cieszy, że jest ono tak blisko. Role motywującego i motywowanego zmieniają się mniej więcej co pięć metrów. Atrakcją jest las liściasty, któremu miejsca ustąpiły sosny. Małe, rozgałęzione u podstawy buki obrośnięte niesamowitymi porostami, zwisającymi z drzew niczym długie brody, tworzą niesamowity klimat. Ilość i różnorodność porostów jest tak wielka, że lichenolog z pewnością znalazłby tutaj kilkadziesiąt ich gatunków.
Latem na Genzanę moglibyśmy się dostać z pomocą kilku znakowanych szlaków. W zimie jednak – przynajmniej tak srogiej jak w tym roku – nikt nimi nie chodzi i w dużej mierze są po prostu bezużyteczne. Nie czujemy żadnej różnicy między dziś a wczoraj – śniegu jest nadal prawie po uda. W tym, że wybraliśmy najwygodniejszą trasę, upewniają nas ślady czerwonej farby na drzewach. Idąc cały czas po grzbiecie, na pewno się nie zgubimy. Zdobywamy ledwie jeden bezimienny, ale wybitny szczyt południowego grzbietu Genzany (1527 m n.p.m.), gdzie rozbijamy namiot i gotujemy obiadokolację. Na szczęście nie ma dużego mrozu.

Wątpliwe uroki mgły
Następnego dnia wstajemy o szóstej, ale śniadanie i pakowanie się w zimowych warunkach zajmuje nam dwie godziny. Na dodatek rozmiękły śnieg przymarzł i mocno scementował nasze kijki służące do napięcia namiotu. Zaczynamy wędrówkę, a gdy do granicy lasu jest blisko, zostawiamy część rzeczy w charakterystycznym miejscu na polanie i ruszamy na właściwy szczyt. Dotychczas pogoda była dość dobra, jednak teraz dynamicznie się zmienia. Spieszące z dolin chmury nie wróżą niczego dobrego. Wstrętna mgła zasnuwa okolicę i pozwala patrzeć tylko jakieś 150 metrów w przód. Mimo to postanawiamy iść dalej. Wejście na wierzchołek nie stanowi większych trudności – czujemy się trochę jak w naszych Tatrach Zachodnich. Znając z wczoraj podziwianej panoramy topografię góry, wiemy, że teraz czeka nas bardziej stromy fragment, który przejdziemy w pojedynkę. Idąc dalej, musimy się jednak zdać na mapę, kompas i własną intuicję, gdyż rozszerzająca się przed szczytem grań nie daje żadnych wskazówek co do właściwego kierunku marszu.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też