Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Ziemia Kłodzka

Smak śląskiego nieba

NPM 3/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Grupiński
"Derhääme-Häusla" czyli "Jak w domu" (fot. Grzegorz Grupiński)
Radochów i Kąty Bystrzyckie to miejscowości, jakich wiele na ziemi kłodzkiej. Z typowym sudeckim obrazkiem, sielskim krajobrazem łagodnych wzgórz, zarastającymi polami i starymi poniemieckimi chałupami, z których wiele zmienia się w ruiny. Ale czeka nas tu także spore zaskoczenie. Odkrywamy miejsce, w którym dzięki niebywałej ludzkiej energii można dotknąć, ba – nawet posmakować – żywych okruchów przeszłości.

Zatrzymujemy się przy gospodarstwie agroturystycznym, samotnie położonym przy drodze z Radochowa do Kątów, na północnym skraju śnieżnickiego masywu Krowiarek. W progach domu Skowronki wita nas energiczna blondynka, Karina Fuglińska. Prowadzi nas do położonego na tyłach obejścia niewielkiego domku z dwujęzycznym napisem. Pisany gotycką czcionką szyld głosi: „Derhääme-Häusla – Izba Regionalna”.
Niemiecki napis w regionie, który przez setki lat był zamieszkany przez ludzi mówiących po niemiecku, dziwić nie powinien. A jednak dotychczas jedyne szyldy w języku Goethego, jakie widziałem w okolicy, pochodziły sprzed wojny. Wyłaziły spod odpadających tynków na starych budynkach. Pomijam oczywiście wszechobecne tablice w rodzaju „Zimmer frei”.
– „Derhääme-Häusla” oznacza „jak w domu” w niemieckiej gwarze Ziemi Kłodzkiej – tłumaczy pani Karina.
Wie, co mówi, bo jako jedna z bardzo nielicznych osób wywodzi się od przedwojennych mieszkańców tej ziemi. Właśnie to wyjątkowe jej pochodzenie stanowi klucz do tej opowieści.

Poza nawiasem Historii
Dla jednych rzecz oczywista i doskonale znana, dla innych mgliście kojarzony fakt, pozbawiony znaczenia. Do 1945 roku Dolny Śląsk oraz Ziemia Kłodzka były jednym z najbogatszych niemieckich regionów. Po wojnie, decyzją mocarstw, obszart te zostały przyłączone do Polski. Praktycznie cała zamieszkująca je ludność została wówczas przymusowo wysiedlona, a na jej miejsce napłynęli osadnicy z centralnej Polski oraz zza Buga, którzy nie mieli z nową ojczyzną nic wspólnego.
– Moi dziadkowie mieszkali krótko w Trzebieszowicach – Kunzendorf, a potem już na stałe w Skrzynce – Heinzendorf. Nazywali się Maria i Anastazy Paschilke. Wraz z końcem wojny od strony Złotego Stoku wkroczyli Rosjanie. Na wszystkich domach wisiały białe flagi. Rosjanie przejechali prawie całą wieś, aż do dominium, gdzie się zatrzymali. Stamtąd przez następne dni plądrowali i gwałcili. W czerwcu nastał polski sołtys i polska milicja objęła władzę. Niemcy musieli nosić białą opaskę na ramieniu. Zaczął się napływ osadników. Nie wszyscy byli wypędzeni ze Wschodu, byli też między nimi szabrownicy i złodzieje. Widać było, że dla nich był tu „Dziki Zachód” – opowiada Karina Fuglińska, przytaczając wspomnienia swojej matki.
2 kwietnia 1946 roku wieczorem przyszedł rozkaz, że nazajutrz wszyscy Niemcy mają się stawić na placu szkolnym, z bagażem nieprzekraczającym 20 kilogramów. Żywy i martwy inwentarz miał pozostać na miejscu. Dzieci i starcy jechali wozami, reszta szła pieszo do Lądka na plac przy dworcu kolejowym. Wszyscy otrzymali numery i wsiadali do bydlęcych wagonów. Podróż na zachód, z wieloma postojami, trwała tydzień. Co sprawiło, że państwo Paschilke nie wyjechali?
– Babcia pochodziła z Opolszczyzny, a dziadek z Pomorza. Chociaż w domu mówili po niemiecku, znali trochę polski. Zostali więc przymusowo jako tłumacze, co wydawało się zbawienne. Dopiero później życie pokazało, że trzeba było jednak wyjechać, ale tej możliwości już nie było – tłumaczy.
Dziadkowie nie mieli ziemi, a wysokie domiary podatkowe zabierały niemal całe zarobki Anastazego – szewca. Starsze siostry mamy pani Kariny nie znały polskiego, więc chociaż przed wojną ukończyły gimnazjum, musiały zapisać się na kurs dla analfabetów. Rodzina żyła niemal poza nawiasem społeczeństwa.

Dom z widokiem na dolinę
Po 1970 roku stosunki między zachodnimi Niemcami i komunistyczną Polską znacznie się ociepliły. Na wschód ruszyła masa wysiedlonych, by odwiedzać swoje rodzinne strony.
– Dawni mieszkańcy Skrzynki i okolic zatrzymywali się w domu mojej babci, gdzie mogli się porozumieć. Babcia, a potem mama często towarzyszyły im przy odwiedzinach rodzinnych gospodarstw. Wtedy moja mama poznała wiele historii rodzinnych, ale i historię Ziemi Kłodzkiej, poczuła wartość przeszłości, o której nowi mieszkańcy nie wiedzieli nic albo bardzo niewiele – opowiada gospodyni.
W 1982 roku Renata Czaplińska, mama pani Kariny, kupiła od gminy niemal 200-letni, zniszczony dom w Radochowie-Kolonii, pięknie położony na stoku Siniaka (658 m n.p.m.), z rozległym widokiem na dolinę, którą wije się droga z Kłodzka do Lądka-Zdroju, z panoramą Gór Złotych w tle. Dawni mieszkańcy mówili na to miejsce Lerchenfeld (Lerche to po niemiecku skowronek). Tak się zaczęła historia domu Skowronki.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też