Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Arlene Blum

Słyszałam, że kobiety nie są silne

NPM 11/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Rakowicz
Arlene odwiedziła tegoroczne Spotkania z Filmem Górskim w Zakopanem ( fot. Łukasz Ziółkowski)
Z Arlene Blum, naukowcem, wykadowczynią i alpinistką, rozmawia Dorota Rakowicz  

Jak zaczęła się Twoja przygoda z górami?
Chodziłam do college’u w Portlandzie, w stanie Oregon, i jeden ze studentów, bardzo przystojny młody chłopak, zapytał mnie pewnego razu, czy nie chciałabym pójść z nim w góry. Oczywiście się zgodziłam i mimo że nie byłam wtedy zbyt silna, a tempo wędrówek miałam naprawdę słabe, to pokochałam góry właściwie od razu. Od tego czasu każdy letni weekend spędzałam, wspinając się w górach. Nie myślałam jeszcze o Himalajach, ale postanowiłam pojechać na Alaskę, która nie leży aż tak daleko, a też może poszczycić się bardzo wysokimi górami.

To właśnie wtedy postanowiłaś wspinać się w kobiecym gronie?
Tak. Wszystko zaczęło się właśnie na studiach. Wspinaliśmy się wtedy w peruwiańskich Andach – na szczyty, które miały prawie 7000 metrów n.p.m. Jednego dnia usłyszałam, że koledzy szykują się na wyprawę na Denali (6194 m n.p.m.). Zapytałam wtedy, czy mogę się z nimi zabrać. Niestety, usłyszałam stanowcze „nie”. „Żadnych kobiet na wyprawie. Kobiety nie są wystarczająco silne, żeby wspinać się na taką wysokość” – mówili. Kiedy mimo to próbowałam ich przekonać, że przecież mam na koncie wspinaczki w Andach, właśnie na takich wysokościach, usłyszałam: „Byłaś na tej wyprawie jedyną kobietą... na pewno nie zrobiłaś swojego... to przecież mężczyźni wykonali za Ciebie całą robotę”. I to był ten moment, kiedy w głowie pojawiła mi się myśl, że może warto spróbować i – na przekór takim głosom – zorganizować kobiecą wyprawę na ten szczyt.

Jak zatem trafiłaś na Annapurnę?
Pomysł wziął się od Wandy Rutkiewicz. Spotkałam ją na Noszaku, gdy schodziła ze szczytu. W bazie poza nią były też inne Polki, a także kilka Amerykanek. To właśnie Wanda rzuciła myśl, że skoro wspięłyśmy się na 7400 metrów, to pewnie możemy też wejść i na 8000 metrów. Słowem – to był jej pomysł. Trzeba było tylko wybrać jeszcze któryś ze szczytów. Padło na Annapurnę, bo uznałyśmy, że skoro jako ośmiotysięcznik ona pierwsza została zdobyta przez człowieka, to i nam nie powinna przysporzyć szczególnych trudności. Zupełnie nie zdawałyśmy sobie sprawy, jak bardzo się myliłyśmy w tej ocenie...

Jak kierowało się taką kobiecą wyprawą?
Szczerze mówiąc, dla kierownika wyprawy nie ma znaczenia, czy jest ona kobieca czy męska. Najtrudniejsza jest odpowiedzialność, podejmowanie decyzji, próba wypracowania wspólnego stanowiska. Ile osób, tyle zdań... Ale gdy schodzi na przykład lawina, to właśnie ja, jako kierownik, muszę podjąć ostateczną decyzję, co robić dalej.

W swojej książce lawinom poświęcasz naprawdę dużo miejsca.
Rzeczywiście, ale to właśnie one najbardziej dokuczały nam w trakcie tej wyprawy. To było naprawdę przerażające, bo żyłyśmy w ciągłym strachu, czy następny krok nie uwolni pędzącej masy śniegu... Każdego dnia trzeba było decydować, czy podejmujemy ryzyko i ruszamy do góry czy zostajemy w namiotach. Był nawet taki moment, że chciałam wracać do domu, bo wiedziałam, że jest zbyt niebezpiecznie na jakąkolwiek górską działalność. Ale reszta postanowiła zostać, więc musiałam się dostosować.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze we wspinaczce?
Najtrudniejsze jest uwierzenie w siebie i wytrwałość. Trzeba odkryć, na czym najbardziej nam zależy, i konsekwentnie do tego dążyć. Zresztą to dotyczy zarówno wspinaczki, jak i życia.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też