Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Retro |

Słynny krzyż wysoki na 17 metrów

NPM 9/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
Ostatnie podejście pod krzyż wieńczący Giewont od 115 lat (fot. Michał Parwa)
Symbol religijny to zbyt małe słowo. Od 115 lat reprezentuje on pewną epokę, więź Zakopanego z Bogiem i Tatrami, ale też wolę samych górali. Dlatego chyba nikt, niezależnie od wyznania czy opinii na temat jego wyglądu, nie wyobraża sobie sylwetki Giewontu bez krzyża. 

Początki tej śmiałej inicjatywy sięgają roku 1900, kiedy to proboszcz zakopiańskiej parafii ks. Kazimierz Kaszelewski odbył podróż do Rzymu. Jak sam relacjonował na łamach czasopisma „Głos Narodu” z 21 września 1901 r., „we Włoszech na pamiątkę kończącego się starego i rozpoczynającego się nowego stulecia postawiono kilkanaście żelaznych krzyży na szczytach gór, między innymi nawet na Wezuwiuszu. Biorąc z tego asumpt, prosiło mnie kilkunastu najpoważniejszych Górali, abym się zajął postawieniem podobnego Krzyża na Giewoncie. Uczyniłem chętnie tej prośbie zadość i ogłosiłem z ambony ten zamiar, wzywając do składek, które też zaraz wpływać dość obficie poczęły”.
W ślad za tym postanowieniem krakowska fabryka Góreckiego wykonała projekt konstrukcji wysokiej na 12 metrów, a ksiądz wraz z grupą górali udał się na szczyt, by sprawdzić, czy będzie ona dobrze widoczna z Zakopanego. W tym celu na górę wniesiono dwie długie żerdzie, aby osadzić próbną, ponad 10-metrową konstrukcję. Po powrocie ks. Kaszelewski dostrzegł go ze wsi gołym okiem, ale ostatecznie zmienił planowany rozmiar na 17 metrów, z których ponad dwa należało wpuścić w skałę.
Po uzgodnieniu szczegółów i wykonaniu zlecenia krzyż został przetransportowany koleją pod Tatry. Tak oto proboszcz stanął przed dylematem osadzenia na wierzchołku 400 żelaznych elementów. W swym sprawozdaniu przyznał, że zapowiedział parafianom wyprawę na Giewont i zachęcił ich do pomocy w ich wniesieniu. Jak pisał dalej: „Dnia 3 lipca zebrali się też tutejsi górale w liczbie około 500 osób i 18 wozów przy kościele. Po mszy św. wyruszyliśmy do Kuźnic, rozdzieliwszy żelazo na pojedyncze wozy, które też wywiozły je, dokąd się dało, tj. do tzw. Piekiełka. Tu nastąpił podział. Wszyscy mieli co dźwigać, tym więcej, że prócz żelaza trzeba było wynieść 400 kg cementu i dwieście konewek płóciennych wody. Około godz. 11 znaleźliśmy się wszyscy szczęśliwie na szczycie i ciężar rozłożyli. 10 metrów kubicznych zawierająca jama w skale została poprzednio wykuta, co dwóch górali kosztowało 7 dni pracy”.
Gdy większość ochotników się rozeszła, na górze pozostał proboszcz, sześciu górali oraz Górecki ze swoim budowniczym. W tym gronie, mimo deszczu, zdołali oni umocować podstawę krzyża, zasypać ją kamieniami oraz zalać narożniki cementem.
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też