Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Mariusz Zaruski

Śladami założyciela TOPR

NPM 10/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Wojtek Szatkowski
(fot. ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego)
Myśląc o Polakach związanych z górami, mówimy o nim. Pięknie przeżył swoje życie. Twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, narciarz wysokogórski, instruktor i taternik. Patriota i rewolucjonista, żołnierz Legionów i generał brygady. Pisarz, poeta, autor przewodników i licznych podręczników. Wreszcie grotołaz, dziennikarz i malarz, jednym słowem – człowiek wielu pasji. Mowa o Mariuszu Zaruskim. Ruszamy na krótki, tatrzański spacer, idąc po Zakopanem i po Tatrach jego śladem.

Dom Zaruskich
W willi Krywań w Zakopanem, przy ulicy Ogrodowej (dzisiaj Zaruskiego) pensjonat prowadziła żona Mariusza, Izabela. Kobieta konkretna, z silnym charakterem, a jednocześnie żona idealna. Dlaczego? Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, jak ważne w życiu jej męża były góry i pozwalała mu w pełni na realizację górskich pasji. Na jednym ze zdjęć widzimy Zaruskich obok siebie i Izabela stara się zasłonić Mariusza. Wychodzi na pierwszy plan, a silne spojrzenie i taki sam wyraz jej twarzy wskazują, że ona mogła być „numero uno” tego małżeństwa. Za to Mariusz był niekwestionowanym autorytetem w górach. Małżeństwem Zaruscy byli, zdaje się, idealnym.
W Krywaniu odbywały się słynne seanse spirytystyczne, podczas których wywoływano duchy, a symbolem tych spotkań były wirujące talerzyki, co było modne w tym okresie wśród polskiej inteligencji. U Zaruskich nocowało wielu wybitnych Polaków. Tu też Zaruski pisał książki, przewodniki, tworzył na bazie własnych bogatych doświadczeń swój pogląd na Tatry. W kultowej dla naszego pokolenia książce „Na bezdrożach tatrzańskich” Zaruski tak wyjaśniał, czym jest taternictwo: „Istotą alpinizmu jest poczucie szczęścia, wynikające z samego faktu pobytu w wysokich górach, uwarunkowane jednak tym, ażeby człowiek czuł się uzdolniony do poruszania się w nich z zupełną pewnością i swobodą... Wynika z tego, że alpinista, oprócz pietyzmu i miłości gór, musi posiadać następujące warunki: siłę fizyczną i moralną, zdrowie, zręczność, znajomość praktyczną gór i techniki alpinistycznej, wreszcie doświadczenie. Wszystkiego tego z książek nauczyć się nie można, nie można też uzyskać w ciągu paru miesięcy... Wszyscy oni w posuwaniu się naprzód, w pokonywaniu trudności znajdują szczęście... Tutaj rozszerzę pojęcie »w wysokich górach«. Nie tylko w wysokich górach, ale w każdym dostępnym dla człowieka ich miejscu. Człowiek, który będzie się czuł dobrze na Gładkiej Przełęczy, natomiast nie będzie doznawał radości na szczycie Mnicha, nie jest alpinistą, brak mu widocznie któregoś ze wspomnianych wyżej warunków poruszania się w górach z zupełną swobodą”. Dla Mariusza taternictwo oznaczało jednak coś znacznie szerszego niż zawężenie się do grupy wybrańców, jak chciał Roman Kordys.

Narciarz z charakterem
Tatrzańska zima. Za oknem mroźno i sypie gęsty śnieg, nic też dziwnego, że ruszam na skiturową wycieczkę. Warto dodać, że jeszcze 100 lat temu poruszanie się o tej porze roku po Tatrach było rzadkością. Mariusz Zaruski starał się obłaskawić kapryśną, tatrzańską zimę, stał się pionierem narciarstwa w Zakopanem i był jednym z najczynniejszych narciarzy. Już w 1906 roku dokonał z towarzyszami narciarskiego rajdu na trasie: Zakopane – Dolina Tomanowa – Przełęcz Tomanowa – Dolina Tomanowa Liptowska – Wychodna – Orawskie Zamki – Głodówka – Sucha Góra – Zakopane, z wejściem narciarskim na szczyt Osobitej. W 1907 roku przeszedł na nartach, wraz z Józefem Borkowskim, przez tak trudną przełęcz, jak Zawrat (2159 m n.p.m.), a następnego dnia na nartach wspiął się przez Szeroki Żleb na Kozi Wierch (2291 m).
Tak później w „Na bezdrożach tatrzańskich” opisał trudny zjazd spod jego wierzchołka: „Śnieg był wyborny do jazdy, zbyt tylko poorany bruzdami, wskutek czego jazda była właściwie bujaniem po śniegowych falach, na które narty wślizgiwały się bez trudu, jeszcze łatwiej z wierzchołków spadały... Zażyliśmy w całej pełni rozkoszy tej długiej i stromej jazdy i tegoż dnia przez Świstówkę dostaliśmy się do Morskiego Oka. Na Opalonem natrafiliśmy na „szreń”, twardą skorupę śnieżną – w rodzaju szkła chropawego, która jednolitą warstwą pokrywała całe zbocze od szczytu aż na dół. Nartami kierować na takiej lodowatej powłoce nie masz możności, przebyliśmy też tę całą przestrzeń, jadąc »poprzecznie«, tj. nie w kierunku końców nart, ale pod kątem prostym do ich długości”.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też