Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Julijskie

Śladami Wielkiej Wojny

NPM 10/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Piotr Skrzypiec
Widok z Krnu w strone Triglava (fot. Piotr Skrzypiec)
Mocna kawa o północy to najlepszy sposób na udany wschód słońca – powiedział ze śpiewnym, prawie włoskim akcentem Bine, mój słoweński przyjaciel, stawiając przede mną filiżankę smoliście czarnego espresso. Nic dziwnego: w końcu byliśmy nieopodal Kobaridu, świadka jednej z największych klęsk w historii Italii.

Auto wdrapywało się stromo na planinę Kuhinja, mijając po drodze porozrzucane na wypłaszczeniach wioski. 100 lat temu było tu jeszcze spokojnie, choć we wsiach można było zobaczyć pierwsze efekty szalejącej w Europie kostuchy. W wysokogórskich sadybach zostali tylko starcy, dzieci i kobiety, które coraz częściej przywdziewały wdowią czerń i opłakiwały swoich mężów i synów, padłych w dalekiej Serbii oraz w Galicji. Wiktor Emanuel III, król zjednoczonych Włoch, pozostawał jeszcze neutralny w stosunku do habsburskiego monarchy, ale chęć odebrania mu wschodniego wybrzeża Adriatyku z Triestem oraz południowego Tyrolu sprawiły, iż włoska armia czekała tylko na rozkaz, by jak najszybciej uderzyć przez Alpy w stronę Wiednia i Budapesztu.

Slalomem przez historię
– Popatrz, tu po prawej Włosi mieli stanowiska ciężkiej artylerii, którą klinczowali dolinę Soczy między Tolminem i Kobaridem. Przez dwa lata widoczna w dole dolina była nie do przejścia, bracie! – powiedział mój przyjaciel, gdy w świetle czołówek ruszyliśmy z obszernego parkingu nieopodal schroniska na planinie Kuhinja (991 m n.p.m.).
Wycieczka miała być w założeniu szybkim spacerem fotograficznym na wschód słońca oglądany z amfiteatralnie położonego Krnu, ale wiedziałem, że z takim kompanem nocne wędrowanie nabierze dodatkowego smaczku historycznego. Wielka Wojna jest bowiem najważniejszą pasją mojego towarzysza, wychowanego w domu, na którego podwórku stacjonujący tu włoscy strzelcy alpejscy (Alpini) wybudowali z nudów pomnik w kształcie górującego nad wsią Krnu.
Południowa część Alp Julijskich jest wyraźnie niższa i nieco mniej dynamiczna od popularnych wśród polskich bywalców okolic najwyższego w Słowenii Triglava. Góry oferują jednak sporo: wspaniałe widoki od Adriatyku po Dolomity, nieprawdopodobnie bogatą szatę roślinną oraz spotykane na każdym kroku ślady I wojny światowej. Tutejsze góry charakteryzują się ogromnymi wysokościami względnymi: różnica wysokości pomiędzy Kobaridem i wierzchołkiem Krna przekracza dwa kilometry. Na szczęście istnieją wysoko położone punkty wyjściowe, do których można podjechać autem, skracając sobie przez to wydatnie drogę i unikając nudnych w swej istocie podejść lasem. W sezonie korzystają z nich piechurzy oraz amatorzy paraglidingu, okolica Tolminu i Kobaridu słynie bowiem na całym świecie z wyśmienitych warunków lotnych.
Po kilku krokach mijamy po lewej uśpione schronisko na planinie Kuhinja i wychodzimy na rozległą łąkę, skąd dobrze widać zawieszone wysoko nad naszymi głowami nikłe światełko podszczytowego schroniska Gomiščkovo zavetišče (2182 m n.p.m.). Czeka nas monotonne podejście niezliczonymi serpentynami mulatiery, którymi włoscy żołnierze przez dwa lata transportowali broń, wyposażenie i żywność na zajmowany przez nich wierzchołek. Była to mordercza praca – ktoś policzył, że na jednego wojaka w górskim okopie przypadało co najmniej sześciu żołnierzy zajmujących się jego zaopatrzeniem na zapleczu frontu. Szlak z planiny Kuhinja jest wprawdzie najszybszą drogą na szczyt, ale jego monotonia nie ma sobie równych w całej Słowenii. W ciągu trzech godzin podejścia widać często zaczarowane schronisko, które wraz z pokonywaną wysokością jakby wcale się nie przybliżało! Nad schroniskiem na planinie Kuhinja opuszczamy drogę bitą i ścinając ogromny zakręt, docieramy do budynków pasterskich opuszczonej już pod koniec września polany Slapnik (1250 m n.p.m.). Obok ostatniego na szlaku źródła zrzucamy plecaki i siadamy, opierając się o chłodny mur jednego z kilku półkoliście położonych szałasów.
– Tu podczas wojny była stacja pośrednia przewodników mułów. To mniej więcej połowa drogi z Kobaridu. Miejsce było osłonięte od austriackiego ostrzału, można było się przespać, zamienić zmęczone zwierzęta, ogrzać odrobinę – opowiada mój towarzysz, który wraz z innymi pasjonatami frontu nad Soczą zrzeszonymi w Fundacji „Ścieżki Pokoju” (slow. Poti miru) poświęcił masę czasu na wertowanie materiałów źródłowych i uprzystępnianie arcyciekawych pozostałości po Wielkiej Wojnie.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też