Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Tatry Bielskie

Śladami węgierskich wołów

NPM 6/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Marcin Bensz
Zieleń, szum wiatru, tłumów brak. Tatry Bielskie z Wyżniej Przełęczy Pod Kopą (1778 m n.p.m.) (FOT. Marcin Bensz)
Zakopane, lato, oblężenie. Trzy słowa skutkujące twierdzeniem zawsze prawdziwym. Tatry równa się tłum. A przecież wystarczy przejść trzy kilometry poza granicę naszego kraju, aby zaznać błogiej ciszy, niezakłóconej przez żadnego miłośnika słowa kultury wątpliwej czy małoletniego destruktora z ciupagą.

Bęc! Potężny huk mojej ręki usypia bezwzględny budzik.
– Jeszcze chwila, tylko chwzzz… – mamroczę nieskładnie pod nosem. Ostatnie, półprzytomne podrygi lewego oka spoglądają przez okno na pochmurne niebo. Pogody dobrej brak. Nad Zakopanem szaro, buro i ponuro. Po kilku sekundach zasypiam, czując się w pełni rozgrzeszony z kolejnych 60 minut snu.
Wybija siódma. Tym razem to budzik Agaty rozpoczyna swe natrętne granie. Bęc! Nastała cisza. Za oknem bez zmian – chmury otulają swym puchem całe Podhale. Z niezwykłą szybkością, niczym muminkowa Buka, stajemy na nogi. Jeszcze tylko dwa ziewnięcia, trzy przeciągnięcia i czas wreszcie zacząć poranną litanię mydlaną w rytm największego z przebojów Fasolek. Lecz tym razem rzeczywistość niezauważalnie odbiega od niezmordowanej sentencji podmiotu lirycznego. Gdyż mydło, owszem, lubi zabawę, ale nawet wówczas, gdy woda zimną jest. Stwierdzamy jednak, że zimny prysznic ma i swoje dobre strony. Rozbudza nas do reszty. Zresztą, powtarzając słowa znanego porzekadła, zimna woda siły doda! A oprócz tego już na zawsze kojarzyć się nam będzie z prawdziwie górskim schroniskiem.
Ruszamy na podbój kuchni naszej zakopiańskiej kwatery. Z zakamarków freonowej skarbnicy lodów wydobywamy serki, plasterki szynki i dwa jogurty. Przyrządzając najważniejszy posiłek dnia, rozmawiamy na temat dzisiejszych planów. Pogoda – dziś wyjątkowo alkoholowa – zachęca wręcz do pozostania w Zakopanem. Kilka wniosków z propozycjami tras zostaje poddanych pod wspólne głosowanie. W końcu po burzliwych obradach trybunał tatrzański (w składzie: Agata i ja), orzeka, że „dnia dzisiejszego miesiąca czerwcowego na Przełęcz pod Kopą udamy wspólnie się”.
Szybkie pakowanie. Ubieramy się cieplej. Za oknem 15 stopni Celsjusza, czyli tak zwane klimatyczne lato w pełni. Umyci, najedzeni, zwarci i gotowi schodzimy z delikatnością godną mastodontów, aby włożyć buty. Jeszcze tylko trzy machnięcia sznurówką i naszym oczom ukazuje się blask szarego, zakopiańskiego nieba.
– Nawet Gubałówkę nam zabrano z widoku – rzucam do Agaty.
– Ano… O widokach nie ma dzisiaj co pomarzyć – odpowiada markotnie.

Trzęsobus
W ciągu trzech minut docieramy na dworzec PKS. Ludzi jak zwykle tu sporo, a panujący harmider jest wręcz nie do zniesienia. Warkot przejeżdżających samochodów, autobusów i wszelkich innych pojazdów mechanicznych, potęgowany przez wylewne wrzaski turystów – No i gdzie są te góry?! – oraz reklamodawców – Zapraszamy Morskie Oko, Łysa Polana! Łysa Polana, Morskie Oko! – sprawia, że chcemy stąd uciec jak najszybciej. Podbiegamy do najbliższego busika, gdzie zajmujemy dwa ostatnie wolne miejsca.
– O której pan odjeżdża? – pytamy kierowcę.
– A za trzy minuty! Wsiadojcie! – odpowiada kierowca z wąsem. Około 8.30,
opuszczając rondo imienia Epicentrum Spalin Zakopiańskich, wyruszamy na podbój Doliny Zadnich Koperszadów.
I wtedy zaczyna się. Cztery kółka, warkot silnika, wąsaty kierowca, sprośne piosenki i podskakujący turyści. Klimat Tatr jak się patrzy. Próbuję w myślach ustalić ewentualną godzinę powrotu:
– Godzina tu, pół godziny tam, dwie i pół tu… – potężne szarpnięcie przerywa me obliczenia.
– Godzina tu, pół godzi… – kolejne mocniejsze szarpnięcie wyrywa mnie z matematycznego zamyślenia.
– Co się tam dzieje? – pytam sam siebie. W tym momencie spostrzegam, że zaczynamy podjazd pod Wierch Poroniec. Wysłużony volkswagen ledwo daje radę – owe szarpnięcia okazały się być redukcją biegów. Podjeżdżamy na jedynce.
– No, Sokół Millenium to nie jest – komentuję.
Wreszcie, po 45 minutach jazdy, docieramy na Łysą Polanę (971 m n.p.m.). A tam – cisza aż miło posłuchać. Odkąd Polska i Słowacja wstąpiły do strefy Schengen, Łysa Polana zmieniła się nie do poznania. Brak korków, brak spalin, brak ludzi. Jedynie kantor i wiecznie otwarty szlaban – pamiątki po dawnym przejściu granicznym.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Słowacja

Zobacz też