Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Norwegia

Śladami renifera

NPM 4/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Anna i Wiktor Jesionkowie
Tu szlaki wydeptują renifery. Ludzie tylko chadzają po ich śladach (fot. Anna i Wiktor Jesionkowie)
Jako jedyni podróżni schodzimy ze statku w niewielkim miasteczku rybackim nad Morzem Barentsa. Dominuje cisza. Razem z nami pokład opuszczają dwie palety zaopatrzenia. Przypłynęliśmy do Mehamn, oddalonego kilkanaście kilometrów od najdalej wysuniętego na północ lądowego krańca Europy – przylądka Nordkinn. Całe szczęście, że ani moda, ani położenie nie zachęcają do odwiedzenia tego miejsca. Wyprawa w stronę przylądka dostępnego dla nielicznych kusi jeszcze bardziej.  

Odkopaliśmy wspólne marzenia, mieszkanie zostawiliśmy znajomym i spakowaliśmy plecaki, a do nich schowaliśmy bilety – w jedną stronę. Pomysł na naszą podróż jest bowiem prosty. Wyruszyć z północy Europy i wrócić na piechotę. Początkiem wędrówki musi być więc Nordkinn, co z norweskiego tłumaczy się jako „lico północy”.
Po raz pierwszy widzimy go z oceanu. Stojąc na pokładzie statku, przyglądamy się, jak jego szczyt łączy się z falami wysokim urwiskiem. Z tej perspektywy wydaje się bliski, niemal na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie surowy i niedostępny, nie do zdobycia dla nas, niewtajemniczonych w Północ.
Nie dajemy się jednak przepłoszyć. Przecież do odważnych świat należy! – Ale nie do lekkomyślnych… – powtarzamy sobie, wpatrując się w prognozy pogody. Najbliższe dni mają przynieść ulewy i silne wiatry, więc aby zaatakować Nordkinn, musimy poczekać na poprawę aury.

Łatwo nie będzie
Korzystając z wolnego czasu, zwiedzamy miasteczko, czyli przechadzamy się główną ulicą w tę i we w tę. W ten sposób oglądamy wszystko, co jest do zobaczenia: kirchę, czyli kościół (jednak mszy nie było tam od dawna, bo ludziom nie podobała się pastor), piekarnię (chyba dla przyzwoitości czynną kilka godzin, choć wszyscy klienci i tak są obsłużeni zaraz po otwarciu), sklep (sprzedający chleb z piekarni po cenie niższej niż w piekarni) oraz kiosk (otwarty nawet wtedy, gdy sklep jest zamknięty, i sprzedający, co oczywiste, mięso z renifera). W kiosku mieści się też poczta, ale pocztówki do Polski (20 zł) nie wysyłamy. Zamiast tego wolimy kupić chleb i najtańsze (importowane z Polski) paluszki rybne – jak się dowiadujemy, przysmak Polaków pracujących w tutejszych przetwórniach rybnych.
Wśród tych wszystkich atrakcji wyróżnia się jedna, której nie sposób nie zauważyć: „Red Tree”. Jak sama nazwa wskazuje – suche czerwone drzewo, znak rozpoznawczy informacji turystycznej i hostelu. Skąd ta nazwa?
– Czy widzicie tu jakieś drzewa? W dodatku czerwone? To przed budynkiem jest jedyne. Sami je pomalowaliśmy – wyjaśnia Ruan, uśmiechnięty długowłosy mężczyzna o zdecydowanie nieskandynawskiej aparycji, i zaprasza nas do środka.
W niewielkim sklepiku z ręcznie robionymi pamiątkami poznajemy historię gospodarza i jego żony Tiny: sześć lat temu, podobnie jak my, wyruszyli stąd w pieszą podróż przez Europę. Po tym, jak niesprzyjające okoliczności zmusiły ich do wcześniejszego zakończenia wyprawy, zafascynowani tutejszym krajobrazem wrócili i osiedlili się w Mehamn. Dziś służą wskazówkami i noclegiem turystom. Mówią, że zimą w góry najłatwiej dostać się skuterem.
– Latem można iść na piechotę, a wy wybraliście sobie najgorszy czas. W górach wciąż jeszcze zalega dużo śniegu, który topi się i zasila strumienie, zamieniając niektóre w rwące rzeki – tłumaczy.
Czy on aby nie przesadza? Góry? O wysokościach nieprzekraczających naszej kaszubskiej Wieżycy? Przypuszczałby kto… A jednak. Mimo że w Norwegii niebosiężnych szczytów nie brakuje, to w całym miasteczku ostrzegano nas przed wyjściem na bezdroża tundry. Wszyscy, słysząc o naszych planach, uprzedzali, abyśmy jej nie lekceważyli, podobnie jak czynił to właśnie Ruan.
– Pamiętajcie, idziecie w góry. Nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak wielu z tych, którzy wyruszają, musimy ratować. Byli tu tacy, co mówili: „Chodziliśmy po Alpach, a tu u was to nie są góry”, a potem trzeba było wysyłać po nich śmigłowiec. Ja też byłem w Alpach i powiem wam: my tu mówimy „góry” i to są góry. Tu jest nawet trudniej – jego głos jest bardzo stanowczy.

(…)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

Anna i Wiktor Jesionkowie
Małżeństwo doktorantów z Gdańska. Świat poznają, wędrując, najlepiej na długich dystansach. W sercach mają morze, góry i Kaszuby.

 


Zobacz podobne artykuły

Norwegia

Zobacz też