Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Sinfonia Biescadentis

NPM 6/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Parwa
Najwyższy punkt Połoniny Caryńskiej, a zarazem najlepszy widok na Połoninę Wetlińską (fot. Michał Parwa)
Pachnące buczyną bez śladu kosówki. Z żubrem tarasującym szlak i rysiem na znakach przy dużej obwodnicy. Wraz ze stukotem leśnej kolejki oraz kilkoma zakapiorami spod skrzydeł Siekierezady. Do spółki z surową Chatką Puchatka, wiecznym odgłosem burzy i tanią benzyną z ustrzyckiego rynku. Okryte smakami najlepszych naleśników, tych z Wetliny. Takie właśnie są moje Bieszczady.

Mógłbym tak mnożyć bez końca wszystkie ich zalety i przywary, a nawet zwijać się jak węgorz między stertą lokalnych legend. A wynik wciąż wyjdzie ten sam. W żadnym zakątku świata nie znajdę tych pejzaży i tej aury, toteż nie ma takiego roku, w którym odpuściłbym wizytę w krainie połonin. Na przekór tym, którzy mają bliżej w Alpy, w ślad za tekstem Macieja Augustyna, tak dobrze znanego fanom KSU: „Góry aż do nieba / i zieleni krzyk. / Polna droga pośród kwiatów / i złamany krzyż”. Dlatego po sam koniec tekstu będę nakłaniał, prowokował i zachęcał, by kolejny urlop spędzić w Bieszczadach. Bez znaczenia, czy po raz pierwszy, czy też enty z kolei.

Konkretny nokaut
Na tę okazję przygotowałem się do solidnego sparingu na argumenty. Najpierw ostry podbródkowy: na styku granic Polski, Słowacji i Ukrainy funkcjonuje Bieszczadzki Park Narodowy chroniący unikalne w skali kraju połoniny oraz nasze największe ssaki drapieżne – wilki, rysie i niedźwiedzie brunatne. Notabene większość tych ostatnich, jeśli już rezyduje w Polsce, to właśnie gdzieś między Cisną a Wołosatem. Lewym sierpowym dokładam węża Eskulapa (niejadowity i największy z krajowych gatunków), którego jak państwo długie i szerokie można spotkać jedynie tutaj. Za gardę posłuży węgierski dokument graniczny „Beschad alpes Poloniae”, gdzie znajdziemy pierwsze wzmianki na temat okalających szczytów. Spisany został w 1269 roku, kiedy na ten przykład niewielu śniło o Warszawie. W końcu wyprowadzam cios decydujący. Niech będzie charakterystyczna piętrowość roślinna, rozumiana poprzez brak kosodrzewiny i górnego regla. Reklamacje proszę składać na adres ciepłych wiatrów wiejących znad węgierskiej puszty. To dzięki nim wszystko, co świerkopodobne, przeżywa w tych górach istne katusze.
Dlaczego więc warto przyjmować te przyrodniczo-historyczne kuksańce co roku, skoro można oberwać raz a porządnie, zapamiętując lekcję na całe życie? Ponieważ pierwsze wizyty w rejonie górnego Sanu to ledwie zachłyśnięcie się skalą wrażeń i gonitwa rozbieganych oczu. A tu trzeba patrzeć pod nogi, rozglądać się co chwila i smakować każdy rarytas. Dopóki nie zawita moda na kina 7D, a kolejka pod krzyż na Tarnicę nie zacznie dorównywać tej z Giewontu. Przecież to wciąż najmniej zaludnione i zagospodarowane polskie góry, owiane mitem rodzimego Dzikiego Zachodu.
Na warsztat mimo wszystko wypada wziąć najbardziej okazały i najwyższy skrawek – tzw. pasmo połonin. Bez dogłębnego poznania turystycznych perełek nie ma co wchodzić z kompasem w zalesione jary pierwszej z brzegu Krąglicy (943 m n.p.m.). Zatem jeśli wszyscy spakowani, zapraszam na pięciodniową wyrypę szlakiem osobliwości i ciekawostek. Mówią, że to pierwszy stopień do piekła, przeto witam w Bieszczadach.

Puchatek i jego ferajna
Ludzka cierpliwość – a niekiedy też paliwo – kończą się z reguły w okolicach Cisnej. Po wielogodzinnej mordędze za kółkiem, jeśli dopisuje pogoda barowa, warto zwiedzić wspomniany przybytek o nazwie Siekierezada. Nie sposób ująć go w słowa. Kto nie był, nie zrozumie. Kto był, ten wie. Gdy leje trochę mniej, koniecznie należy zasiąść w wagoniku Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej i udać się w podróż po wąskim torze. Dzięki fundacji opiekującej się tą nietypową atrakcją mamy okazję poznać historię regionu, jego rozwoju i uprzemysłowienia. Wszystko w ciągu dwugodzinnej przejażdżki okraszonej widokami i leśnymi zapachami. Pod wieczór polecam odpocząć przed prawdziwym maratonem. Nazajutrz zaczynamy koncert i gramy na poważnie.
Pięć tras na pięć dni musi wystarczyć, by zasiać w sercach ziarno kiełkujące przez następny rok, aż do kolejnej wizyty. Codziennie połoniny z falującymi trawami plus mięśnie napięte niczym struny. Piątka, jaką proponuję, jest jak solidnie dobrany i zgrany kwintet smyczkowy. Instrumenty pozornie różne, a jednak podobne wyglądem i materiałem wykonania, tzw. fliszem karpackim. Pierwsze skrzypce gra Połonina Wetlińska, najmniejszy spośród wszystkich instrumentów (najwyższy jej wierzchołek Roh mierzy 1255 m n.p.m.), a jej krągłości i zróżnicowanej rzeźby nie powstydziłby się sam Antonio Stradivari. Jest wprost idealna na łagodny start – najdalej wysunięta na zachód spośród pasma połonin i dająca szansę przetrwania bez spektakularnej kondycji.
Wędrówkę dobrze jest rozpocząć na Przełęczy Wyżnej (872 m n.p.m.). Spotkamy tam zapewne kilka autokarów, w sezonie duży ruch graniczący z tłokiem. Ale w nagrodę przywita nas okazała panorama m.in. Połoniny Caryńskiej i najkrótsza trasa na grzbiet. Napotkamy również pomnik-bramę poświęcony pamięci Jerzego Harasymowicza – wybitnego poety, twórcy poetyckiej Krainy Łagodności i bodaj najsłynniejszej swojej sentencji: „W górach jest wszystko, co kocham…”. Choćby jeden tomik jego wierszy to kolejny niezbędnik na bieszczadzkim szlaku.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też