Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Tamara Lunger

Simone poznałam na balu

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Wojciech Grzesiok
(fot. archiwum Tamary Lunger)
Tamaro, jesteś Włoszką, masz włoskie obywatelstwo, ale te 70 metrów od szczytu Nanga Parbat mówiłaś do kamery po niemiecku. Jaka jest zatem Twoja narodowość?

Moi rodzice są Niemcami. Choć właściwie trzeba to doprecyzować, mówiąc: Tyrolczykami. Tyrol Południowy ze względu na swoją historię i położenie na styku Szwajcarii, Austrii i Włoch jest tyglem językowo-kulturowym. Co za tym idzie, narodowości swobodnie się mieszają i obecnie, jako prowincja autonomiczna, Tyrol Południowy na równi traktuje języki niemiecki i włoski. Oba mają w tym regionie status urzędowych i uczy się ich w szkołach. Zatem moim ojczystym językiem jest niemiecki. Ja natomiast jestem dumna z umiejętności posługiwania się dialektem południowotyrolskim.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z górami? Pasją zarazili Cię rodzice czy u Was w ramach zabaw na podwórku po prostu chadzało się w góry?
Mój tata, mimo iż jest instruktorem, wspinaczem i skialpinistą, dość późno wtajemniczył mnie w swoje ukochane sporty. To jednak on zabrał mnie pierwszy raz na narty skitourowe, kiedy miałam 14 lat. Pomijam fakt, że wówczas nie jeździłam w ogóle na sprzęcie zimowym – ani na snowboardzie, ani nawet zwykłych nartach zjazdowych. To jednak nas obojga nie zniechęciło. Jak postanowił, tak zrobił. Do dziś pamiętam, że dał mi narty o długości metr dziewięćdziesiąt dwa. I o ile pod górę, po doczepieniu fok, narty mnie niosły, o tyle w dół miałam poważne problemy, żeby nad nimi zapanować. Tak naprawdę więcej czasu przeleżałam w zaspach, niż się na nich utrzymywałam. Ale wieczorem tego dnia już wiedziałam, że to jest coś, co chcę robić.
Na pierwsze sukcesy trzeba było długo czekać?
Pamiętam, że każdą wolną chwilę poświęcałam na naukę i szlifowanie swoich umiejętności w skialpinizmie. Wraz z moim tatą byliśmy reprezentantami kadry narodowej Włoch w tym sporcie. I choć ojciec ma dziś 52 lata, wygrywa niejedne zawody. Często staje na podium, a przede wszystkim ma niewyczerpywalne pokłady energii. Mój tata jest moim jedynym bohaterem… no, zaraz może po bajkowej sierotce Heidi z alpejskich hal.
Ile lat trzeba było czekać, byś została mistrzynią świata w skialpinizmie?
Kilka, w 2008 roku zwyciężyłam ponownie w prestiżowych zawodach skialpinistycznych Pierra Menta, zdobyłam mistrzostwo Włoch oraz tytuł mistrzyni świata do 23 lat. Miałam wtedy 22 lata.
 
Na początku był dysk
 
Ze sportem byłaś związana od najmłodszych lat. Wszakże nie były to górskie dyscypliny, ale…
Zgadza się. Wcześniej trenowałam rzut dyskiem. Nie była to jednak dyscyplina sportowa, która by mnie satysfakcjonowała. Nie męczyła mnie za bardzo, brakowało też emocji, które później odnalazłam w górach. Poza tym nie chciałam skończyć, jak moje koleżanki trenujące po kilkanaście lat rzut dyskiem – rozbudowane w barkach, potężne, silne kobiety. O konieczności zmiany dyscypliny przesądziły też problemy ze stawami kolanowymi. Znaczne przeciążenia spowodowały, że te powoli zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Co za tym idzie, musiałam rozejrzeć się za czymś innym.
Jakich zatem emocji poszukujesz w sporcie?
Odkąd tylko pamiętam, pociągał mnie wysiłek, a ten dają przede wszystkim sporty wytrzymałościowe. Walka ze sobą, z własną słabością, i to charakterystyczne dla gór „cierpienie”, a do tego wychodzenie ze swojej strefy komfortu – to wszystko wpisuje się w moje pojęcie o górach, wspinaczce i himalaizmie. O tym, że dziewięć lat temu wygrałam Mistrzostwa Świata w Skialpinizmie, zadecydowały przede wszystkim moja determinacja oraz wola walki, które szlifowałam z sezonu na sezon. Nasilały się jednak problemy z kolanami i to był właśnie ten moment, by poszukać czegoś innego. Chciałam skierować swoją karierę sportową, a właściwie całe swoje życie, na inny tor. Ponadto widziałam taki paradoks: mimo że sporo jeździłam, bo startowałam w zawodach w wielu pięknych regionach górskich, nigdy nie było czasu na ich podziwianie i kontemplowanie natury. Albo akurat trwały zawody i liczyło się ściganie, czas i ucieczka, albo akurat trafiał się dzień restowy, kiedy nie wychodziło się w góry. Wtedy też zapragnęłam wyruszyć w góry najwyższe. Nigdy jednak nie pomyślałam o skorzystaniu z usług komercyjnej agencji. Wyszłam z założenia, że prędzej czy później poznam kogoś, kto mnie w te najwyższe góry zabierze.
Simone zaprosił mnie na Czo Oju
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też