Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Gruzja

Siedmiolatek pisze historię

NPM 4/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Konrad Tulej
Panorama na Chaukhi – Tikanadze po prawej (fot. Konrad Tulej)
Po podróży przez góry Dagestanu, przez Czeczenię, Inguszetię i Osetię Północną docieramy do Gruzji. Tam po raz drugi odwiedzamy rejon Chaukhi, gdzie Mikołaj – najmłodszy członek naszej rodziny „z dzieckiem w plecaku” – jako siedmiolatek przechodzi do historii gruzińskiego alpinizmu.

Do Gruzji tradycyjnie przyjeżdżamy autostopem. Tym razem przez przejście graniczne Verkhniy Lars-Kazbegi. Podwozi nas młody Osetyjczyk, który jedzie akurat do kolegów Gruzinów na wieczorną imprezę. Kiedy wysadza nas w centrum Stepancmindy (Kazbegi), mamy wrażenie, że jesteśmy w domu. Ale takie uczucie pojawia się za każdym razem, gdy się zjawiamy w tym kraju.
Stepancminda to małe miasteczko w regionie Mccheta-Mtianetia w północno-wschodniej Gruzji. Z roku na rok przyjeżdża tu coraz więcej turystów. Najwięcej jest Polaków i Żydów z całego świata. Stąd rusza się na Kazbek (5033 m n.p.m.) i do Wąwozu Darialskiego, przez który przechodzi część Gruzińskiej Drogi Wojennej. Droga Wojenna to znany jeszcze w starożytności główny szlak o długości ponad 200 kilometrów przechodzący w poprzek Wielkiego Kaukazu. Biegnie z Tbilisi, stolicy Gruzji, do Władykaukazu w Osetii Północnej. Droga ze strony Gruzji jest od roku remontowana. Wkrótce więc należy się spodziewać wzrostu ruchu turystycznego, a co za tym idzie i cen.
Po kolacji w jednej z tutejszych knajpek kierujemy się w stronę lasku za mostem przed wioską Gergeti, gdzie planujemy rozbić namiot. Kiedy wchodzimy między drzewa, z mroku wyłania się nagle uśmiechnięty człowiek w brudnym palcie i starym kapeluszu na głowie. Wita nas sympatycznie płynną angielszczyzną i na pytanie, skąd jest, ku naszemu zdziwieniu odpowiada: „jestem Cyganem”. W głowie kołaczą mi się słowa Agnieszki Osieckiej: „dziś prawdziwych Cyganów już nie ma, bo czy warto po świecie się tłuc?”. No cóż, stojący przed nami żywy przykład nieprawdziwości tych słów swoim wozem zaprzężonym w konie w asyście kilku psów odwiedził już ponad 40 krajów świata.

Góra z górą…
Kolejnego dnia, trochę pieszo, trochę autostopem, docieramy do wioski Achkhnoti. Tutaj odbijamy z Gruzińskiej Drogi Wojennej na wschód. Sprzedawczyni w sklepie uśmiecha się do nas przyjaźnie. Pamięta nas sprzed roku, gdy robiliśmy u niej zakupy. Solidnie zaopatrzeni w świeżą żywność na kilka dni ruszamy asfaltową drogą z nadzieją na złapanie autostopu. Niestety, jedyne auta, które nas mijają, to taksówki. Gruzińska gościnność, za sprawą coraz liczniej odwiedzających te strony turystów z grubymi portfelami, przybrała tu formę mierzoną w lari, w dolarach lub w euro. Nie ma co ukrywać, jest nam ciężko. W końcu niesiemy na plecach sprzęt wspinaczkowy, ekwipunek i żywność – 3 kg u Mikołaja, prawie 20 kg u Beaty i 35 kg u mnie. Jako backpackerzy, jeśli nie złapiemy bezpłatnego transportu, wybieramy mozolną wędrówkę niezależnie od warunków atmosferycznych. Tym razem towarzyszy nam mżawka.
Po 45 minutach człapania po asfalcie docieramy do Sno, gdzie swoje źródło ma jedna ze znanych marek gruzińskiej wody mineralnej. Czas na postój. Mikołaj biega bez plecaka, Beata siada pod letnią siedzibą patriarchy Kościoła gruzińskiego, a ja idę robić zdjęcia twierdzy Sno. Otoczona murem forteca ma kamienną, piramidalną wieżę w środku. Według istniejących opracowań historycznych została wzniesiona na przełomie XVI i XVII wieku w celu obrony drogi do Khevsureti i Pshavi (na wschód od Sno) i Mtiuleti (na południe poprzez wąwóz Gudamakari).
Nagle na horyzoncie pojawiają się trzy auta terenowe. Pędem ruszam w stronę plecaków i krzyczę do Mikołaja, żeby łapał autostop – w końcu to jego zadanie podczas każdej naszej wyprawy. Auta się zatrzymują, a z jednego z nich wypada Gruzin i biegiem rusza w stronę Mikołaja. Kiedy wreszcie udaje nam się lepiej mu przyjrzeć, wspólnie z Beatą zaczynamy się uśmiechać.
– Niemożliwe! Góra z górą... – rzucam w stronę żony.
W tym czasie Mikołaj tonie w przyjacielskim uścisku. Gorgi Kakhabrishvili (pseudonim „Gezi”) – lider grupy najlepszych gruzińskich alpinistów, których poznaliśmy w 2012 roku pod Kazbekiem i Chaukhi – bez chwili zawahania rozpoznał stojącego na drodze małego przyjaciela z Polski. Kordialnym przywitaniom nie ma końca. Dopiero coraz mocniej padający deszcz studzi nasze emocje. Z ulgą wrzucamy swoje plecaki do aut przyjaciół, zajmujemy wolne miejsca i wspólnie ruszamy do Juta. Mikołaj jedzie oczywiście z „Gezim”.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Gruzja

Zobacz też