Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

z biegu wzięte | Piotr Hercog

Siedem lat w Pasterce

NPM 3/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
()
Jako że zobaczymy się niebawem na Biwaku Zimowym „n.p.m.” w Pasterce, tym razem opowiem Wam moją historię związaną z tym miejscem. A dokładniej, jak na początku miałem tu przyjechać z rodziną na rok, a zostaliśmy… siedem lat.

W życiu często tak jest, że przypadki decydują o tym, gdzie mieszkamy, z kim się związujemy, a nawet co robimy w życiu. Zanim moje życie na dobre odmieniło się w Pasterce, zajmowałem się na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej organizacją eventów sportowych oraz pracą „na linach”. Bywałem też na wielu szkoleniach, a jedno z nich odbywało się w Gdańsku, gdzie spotkałem się z dwójką moich przyjaciół: Maćkiem Sokołowskim i Sebastianem Dziurdzikowskim.
Ten pierwszy, mimo że rodowity gdańszczanin, od zawsze rozkochany był w górach i zapragnął prowadzić w nich schronisko, choć – podobnie jak ja – nigdy hotelarzem nie był. Parał się organizacją imprez oraz prowadził biuro podróży.
Los zadecydował, że na urodzinach Zbyszka Piotrowicza, pomysłodawcy Przeglądu Filmów Górskich w Lądku-Zdroju, Maciej dowiedział się o organizowanym przez PTTK przetargu na dzierżawę schroniska na Szczelińcu. Bingo! W gratisie organizacja dorzucała jeszcze schronisko w Pasterce, małej, zapomnianej wiosce dosłownie na końcu Polski. Maciek – typ działacza, wizjonera i organizatora – długo się nie zastanawiał. Stanął do przetargu i wygrał go. Nadal jednak mocno związany był z Gdańskiem, a kursowanie na linii Pasterka – Trójmiasto, liczącej 600 kilometrów, tylko dezorganizowało mu pracę. I tak los chciał, że przy piwie w Gdańsku Maciek rzucił mi propozycję zamieszkania „na próbę” w Pasterce i poprowadzenia schroniska. Z każdym kolejnym piwem byłem coraz bardziej przychylny, by przenieść się w Góry Stołowe. W końcu przytaknąłem.
Dwa dni później z moją żoną Gosią i półroczną córcią Marysią stanęliśmy z trzema torbami przed drzwiami schroniska. Spadł pierwszy śnieg, ciężko było dojechać. Armagedon miał jednak dopiero nadejść. Na miejscu był tylko jeden pracownik i ekipa dochodząca, remontująca kuchnię – wszędzie dużo pyłu, kurzu. A za kilka dni pokaźna rezerwacja dla 40-osobowej grupy, która oprócz noclegu zamówiła śniadania i obiadokolacje. Brakowało nam rąk do pracy, nie mieliśmy kuchni. W części mieszkalnej, gdzie mieliśmy uwić nasze nowe gniazdo, było tylko linoleum i odrapane ściany, żadnego mebla. No chyba, że liczyć czujnik czadu. Ten okazał się jednak być niezbędny, bo do naszego przyszłego mieszkania z pieca, który znajdował się na dole, przez dziurawą jak sito podłogę uszczelnioną gazetami przechodził gryzący w gardło dym. Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę!
Pierwsze trzy miesiące mocno zweryfikowały naszą wizję o mieszkaniu w schronisku górskim, a więc wizję romantyczną z kubkiem ciepłej herbaty w ręce przy rozpalonym kominku. W rzeczywistości było to wiązanie końca z końcem. Wstawaliśmy o godzinie czwartej rano, by uszykować śniadanie i prowiant dla turystów. O siódmej oni wychodzili w góry, a po godzinie wkraczała ekipa remontowa. Ta o 15 kończyła pracę, a zaledwie po godzinie wracali goście. W ciągu 60 minut mieliśmy posprzątać schronisko z kurzu remontowego oraz przygotować posiłek. Kiedy minął rok, a my włożyliśmy całe serce w niezbędne remonty i zaczęliśmy czuć się jak u siebie, żal nam było opuszczać to miejsce. Postanowiliśmy zostać na dłużej.
I tak wpadliśmy w wir wcale niełatwego mieszkania w Pasterce. W międzyczasie urodził się syn Maksymilian, zaczęło się wożenie dzieci do Kudowy do żłobka i przedszkola. W schronisku, w którym brakowało szyb, a dziury w ścianach pozatykane były słomą, udało nam się przeprowadzić remont, dając ośrodkowi standard, którego się nie wstydziliśmy. Przybywało też ludzi, którzy zauroczeni tym miejscem, wracali tu.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też