Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Kirgistan

Siedem krwawych byków

NPM 7/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Magdalena Prask
Z formacją skalną Siedem Byków związana jest dość krwawa legenda (fot. Magdalena Prask)
Po pięciu tygodniach spędzonych w śniegu na wysokości ponad 4000 metrów n.p.m. zapragnęłam odpoczynku. Na szczęście pasmo Tien-szan to nie tylko groźne siedmiotysięczniki, ale również egzotyczne góry w wielu ciepłych kolorach.

Z bazy pod Chan Tengri i Pikiem Pobiedy wydostaję się helikopterem. Z uwagi na to, że loty śmigłowcem w dużej mierze uzależnione są od pogody, nie da się z góry dokładnie zaplanować takiej podróży. Aby z bazy w górach Tien-szan wrócić do cywilizacji, muszę z obozu III na Chan Tengri schodzić z wielkim pośpiechem. Okazuje się bowiem, że z dużym prawdopodobieństwem kolejny transport śmigłowcem będzie dopiero po kilku dniach, a to już za późno, bym zdążyła na samolot powrotny do Polski.
W ten oto sposób docieram do Karakol, gdzie mam kilka dni na wypoczynek i zwiedzanie okolicy. W sumie to się nawet dobrze składa, bo poza zdobywaniem wysokich szczytów lubię w tracie wypraw wysokogórskich zapoznać się z lokalnymi atrakcjami turystycznymi.
Karakol to drugie co do wielkości miasto w Kirgistanie po Biszkeku. Położone jest na wschodzie kraju niedaleko pięknego jeziora Issyk-Kul i całe otoczone jest górami pasma Tien-szan. Niektóre szczyty to trzytysięczniki, które górują nad miastem, robiąc imponujące wrażenie. Jeśli ktoś miałby ochotę, to tylko w okolicznych górach można by chodzić na trekkingi przez kilka tygodni. Dużo jest tu górskich możliwości.
Ja jednak po przybyciu do Karakol ruszam zwiedzać miasto. Stoi tu drewniana cerkiew, kolorowy chiński meczet, zabytkowa zabudowa typu rosyjskiego oraz barwne bazary. Zwłaszcza te ostatnie stanowią częsty cel moich spacerów: po kilku tygodniach w wysokich górach jestem spragniona słodkich winogron, aromatycznych brzoskwiń i tutejszych sprzedawanych prosto z pieca chlebków – lepioszek.
Karakol to niewielka mieścina, więc już po dwóch dniach mam ochotę pojechać stąd gdzieś dalej.

Miła propozycja
Na kempingu w Karakol obok mojego namiotu rozbiła się para z Francji: Sophie i Mathieu. Ledwo wczesnym rankiem wychylam głowę z namiotu i od razu słyszę:
– Magda, jedziemy za miasto. Pojedziesz z nami? – proponują mi wyjazd do Jeti Oguz (kirg. Жети-өгүз).
– Superpomysł! – cieszę się, bo też myślałam, żeby tam pojechać. Miejsce to jest opisane w moim przewodniku, a tamtejsze atrakcje widziałam już na kirgiskich pocztówkach.
Zbieram się bardzo szybko i prędko idziemy na bazar w centrum, skąd prowadzą niemal wszystkie drogi poza miasto. Tutaj można wynająć taksówkę albo znaleźć marszrutkę.
– To jak tam pojedziemy? – pyta z rezygnacją w głosie Sophie. Jak się bowiem okazuje, do tej pory moja zaprzyjaźniona para Francuzów po Kirgistanie jeździ stopem.
– A to w ogóle możliwe w tym kraju? – pytam z niedowierzaniem.
Moje zdziwienie jest tym większe, że nie spodziewałabym się tego po Francuzach, którzy nie mają zaufania do takiej formy podróżowania. Zaimponowali mi i już wiem, że to towarzystwo odpowiednie dla mnie. Lubię takie spontaniczne przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Z uwagi na oszczędność czasu pomysł na stopa postanawiamy wykorzystać w drodze powrotnej. Tymczasem szybko udaje nam się odnaleźć właściwą marszrutkę i ruszamy do odległego o mniej więcej 30 kilometrów Jeti Oguz.
W samej miejscowości nie ma nic ciekawego. W oczy rzuca nam się nieciekawy, blaszany meczet. Idąc dalej, widzimy kolejny blaszany obiekt – socjalistyczny pomnik gigantycznych rozmiarów. To niesamowite, że takie „cudeńka” wciąż jeszcze trwają i ktoś wyraźnie dba o to, żeby były w dobrym stanie.
Wszystkie atrakcje, które warto zobaczyć w Jeti Oguz, położone są kilka kilometrów za wsią. Nie ma tam publicznego transportu, tylko trzeba wynająć taksówkę. A ta zazwyczaj sama się zjawia, gdy jest potrzebna.
W ramach negocjacji ustalamy, że taksówka nie tylko zabierze nas do naszego punktu docelowego, ale również będzie się zatrzymywała po drodze, byśmy nie musieli pięknych gór oglądać zza szyby samochodowej. Wszyscy zadowoleni z ustalonego konsensusu ruszamy w malowniczą drogę.

Krwawe formacje
Ledwo opuszczamy Jeti Oguz, a już czujemy przedsmak tego, co nas czeka. Po lewej stronie drogi nieśmiało, jakby spod ziemi, zaczynają wystawać góry o niesamowitych, pomarańczowych kolorach. Im bardziej oddalamy się od wsi, tym więcej takich skał w krajobrazie. Po mniej więcej 10 kilometrach naszym oczom ukazuje się imponująca formacja skalna – wygląda niczym przecięta na pół góra. To tzw. Złamane Serce. Stara legenda mówi, że dawno temu dwóch mężczyzn walczyło między sobą o kobietę i obaj w tej walce polegli. Ich przelana krew nadała czerwonawy kolor skale. Kobiecie złamało się serce. Stajemy w punkcie widokowym, gdzie skała doskonale się prezentuje. Mamy czas na zrobienie zdjęć.
Dalej droga prowadzi dosłownie u podstawy Złamanego Serca, które z tej odległości prezentuje się bardzo ciekawie. Dopiero z bliska widać, że tutejsze skały to piaskowiec, a ich chropowata faktura wygląda niczym warstwy ułożone jedna na drugiej. Nasza przejażdżka kończy się w sanatorium Jeti Oguz – małej, zaniedbanej osadzie.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też