Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Tatry

Ścieżka lepsza niż termy

NPM 11/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Stodolny
(fot. Grzegorz Stodolny)
Czy w Tatrach można stworzyć jeszcze jakąś atrakcję, która zwala z nóg? Słowacy pokazali, że można. Ścieżka w koronach drzew koło Zdziaru bije wszystkie termalne baseny razem wzięte.  

Do tej pory o Dolinie Bachledowej (słow. Bachledova dolina) słyszeli tylko narciarze. Zimą ta położona obok Zdziaru (słow. Ždiar) osada od kilku lat jest centrum spotkań amatorów białego szaleństwa. Ale latem dotąd rzadko kto tutaj zaglądał, choć oczywiście działał wyciąg i tor bobslejowy, można też było wypożyczyć rowery górskie, a dla bardziej zaawansowanych okoliczne lasy mają również w zanadrzu kilka tras downhillowych. Jednak wobec atrakcji Tatr Bielskich i Wysokich leżąca na Spiskiej Magurze Bachledka była na przegranej pozycji.
Przed oczami mam nawet taki oto obrazek z tegorocznego lata. Jedziemy z przyjaciółmi słowackim odpowiednikiem PKS ze Starego Smokowca do Łysej Polany, by przejść Doliną Białej Wody na Rohatkę i dalej do Zbójnickiej Chaty. Nagle stary autobus marki Karosa, pamiętający czasy późnego Husáka, zjeżdża z głównej drogi do Zdziaru w stronę Bachledowej. Dojeżdża do centrum wsi, gdzie drogi są tak wąskie, że kierowca na pętli uprawia manewry, jakby uczestniczył w konkursie na słowackiego mistrza kierownicy. Do środka wsiada tylko jedna kobieta po pięćdziesiątce, która opowiada kierowcy, że jedzie do Zdziaru na… kawę.
– Taki ładny dzień dzisiaj, poplotkować z koleżankami trzeba – mówi całkiem szczerze.
Kierowca, wyraźnie zdziwiony taką argumentacją, nawet nie wdaje się w dyskusję. Ale od słowotoku pasażerki uciec nie może i przez kwadrans słucha nad kierownicą opowieści o perypetiach koleżanek, z którymi pani ma się dzisiaj spotkać. Poznał na przykład sporo jednostek chorobowych. Nie mogliśmy się tej sytuacji nadziwić. Historia o tym, jak słowacki autobus stał się taksówką dla jednej pani z Bachledowej i skręcił po nią specjalnie do wioski, byłaby pewnie dla nas jedną z wielu górskich anegdot, gdyby nie… pewna inwestycja. Pod koniec września otwarto tu
niezwykłą ścieżkę w koronach drzew. Stawiam wszystko,
że sytuacja, w której do autobusu wsiada tutaj tylko jedna osoba, już się w sezonie nie powtórzy.
Przykład przyszedł z Czech
Ostatni piątek września. Powiedziałbym, że mamy złotą polską jesień, ale jesteśmy na Słowacji. Słońce praży, jakby była pełnia lata. Inwestor miał w niebie znajomości, bo na otwarcie wybudowanej za cztery miliony euro imponującej ścieżki w koronach drzew lepszej pogody nie mógł sobie wyobrazić.
Martin Paszko, główny inicjator tego przedsięwzięcia, nie kryje szczęścia. – Na ten pomysł wpadliśmy przed dwoma laty podczas pobytu w Lipnie nad Wełtawą w Czechach, gdzie zrealizowano podobny projekt naszego partnera. Pomyśleliśmy, że tu, w Dolinie Bachledowej, jest idealne miejsce, by postawić taką nieinwazyjną budowlę i dać turystom szansę, aby doświadczyli przyrody z innej perspektywy – mówi Paszko.
Ale Lipno nie jest jedyne. Czesi otworzyli w tym roku podobny chodnik w Karkonoszach, a dokładnie w Jańskich Łaźniach. Podobne konstrukcje są również w Niemczech.
Najpierw wjeżdżamy na górę trzyosobowym kanapowym wyciągiem, który zimą okupują narciarze. Ale teraz, kto tylko chce, może się zdecydować na 40-minutowy spacer. Jednak wyciąg zdecydowanie wygrywa. Wszyscy chcą jak najszybciej zobaczyć tę nietypową konstrukcję.
I wreszcie jest. Wysiadamy z kanapy na wysokości około 1160 metrów n. p. m. i po lewej stronie widzimy imponującą konstrukcję. To licząca ponad 600 metrów, zbudowana z modrzewia ścieżka rozpięta na 75 filarach na wysokości od 18 do 24 metrów, nad którą góruje 32-metrowa wieża. Do budowy kładki użyto między innymi około 30 tysięcy desek o łącznej długości 22 kilometrów, czyli tyle, ile ma trasa od
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też