Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Himalaje / Baza pod Annapurną

Schody w bambusowym lesie

NPM 4/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Monika Witkowska
(fot. Monika Witkowska)
Nie każdy może zdobyć ośmiotysięcznik, ale większość z nas może zobaczyć go z bliska. Jednym z łatwiejszych i najkrótszych trekkingów do baz himalajskich kolosów jest szlak do ABC, czyli do bazy pod Annapurną.

Który trekking jest lepszy: do bazy pod Everestem czy do bazy pod Annapurną? – to jedno z częstszych pytań, jakie otrzymuję od osób zainteresowanych wyjazdem w Himalaje.
Z właściwą odpowiedzią zawsze mam problem. Bo jak tu porównać zupełnie inne trasy? Ładnie jest na każdej z nich, ale rzecz jasna każda ma swoje plusy i minusy. Przede wszystkim różni je wysokość. Baza pod Annapurną położona jest na wysokości 4130 metrów n.p.m., czyli ponad tysiąc metrów niżej od bazy pod najwyższym szczytem świata (5300 m n.p.m.). To na tyle dużo, że nawet bez przystanków aklimatyzacyjnych do ABC (Annapurna Base Camp) dociera prawie każdy – pod Everestem nie jest to regułą. Wysokość sprawia też, że na trasie pod Annapurnę jest zdecydowanie cieplej i bardziej zielono – większość szlaku prowadzi przez wioski, w otoczeniu lasów lub poletek, podczas gdy w drodze pod Everest krajobrazy są bardziej wysokogórskie. Najlepiej więc po prostu pojechać i tu, i tu!
Chcesz nam pomóc? Korzystaj z usług
Nie każdy lubi Katmandu, stolicę Nepalu, choć ja akurat uwielbiam, bo do zobaczenia jest w nim całkiem sporo i prawie zawsze spotykam tu znajomych. Trudno się jednak nie zgodzić, że po ruchliwej, zatłoczonej i często spowitej smogiem nepalskiej stolicy, stanowiąca bazę wypadową na trekkingi w rejonie Annapurny Pokhara to istna oaza spokoju i miła odmiana. Kiedy po prawie całodniowej podróży dojeżdżamy do tego położonego nad malowniczym jeziorem miasta, jest już ciemno i gór nie widać, natomiast kiedy budzimy się rano... patrzymy oniemiali na ośnieżone szczyty.
Na miejsce, z którego startujemy na trekking, jedziemy z Pokhary około półtorej godziny. Oprócz nas w busie są także przewodnicy i tragarze – sympatyczne chłopaki z zamieszkującej te tereny grupy etnicznej Gurungów. W rejonie Annapurny nie ma bowiem Szerpów – oni działają w okolicach Everestu. Niektórzy dziwią się, że na najwyższym ośmiotysięczniku nie korzystałam z pomocy osobistego Szerpy, a tutaj zdecydowałam się na zatrudnienie kogoś z lokalsów do pomocy. Ale prowadząc grupy jako przewodnik, a w takim charakterze idę do ABC, zawsze wybieram usługi lokalnych agencji. I nie tylko dlatego, że tak jest łatwiej organizacyjnie, bezpieczniej i że wolę, by moi turyści, zamiast walczyć ze zmęczeniem, mogli się cieszyć górami i robić fajne zdjęcia. Jest jeszcze jedna istotna kwestia: przy okazji robimy coś dobrego dla tutejszej społeczności.
– Chcecie nam pomóc? Dajcie nam zarobić! – mówią zgodnie Nepalczycy i chyba warto mieć to na uwadze.
Tarasy i schody
Pierwszy dzień trekkingu to dopiero rozruch. Dystans, jaki mamy do przejścia, wyliczony jest raptem na trzy, cztery godziny spokojnego marszu. W wiosce Nayapul (nazwa oznacza „Nowy Most”, bo rzeczywiście jest tam most, po którym przechodzimy rzekę) ruch jak na Marszałkowskiej. Ci, którzy startują, w czystych jeszcze ubraniach, z uznaniem patrzą na tych, którzy trek już kończą – brudnych, ogorzałych od słońca i wiatru. A po drodze zaliczamy jeszcze obowiązkowo przystanek na załatwienie formalności, gdzie sprawdzane są zezwolenia na trek.
W mijanych po drodze wioskach podpatrujemy obrazki z życia mieszkańców. Matki myją w miednicach swoje maluchy, kobiety robią pranie w rzece, mężczyźni orzą przy pomocy wołów tarasowate poletka.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też