Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Śląski

Sąsiadka o dwóch twarzach

NPM 5/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
Zejście w stronę Ustronia, tuż obok jadła, napitku, noclegów i straganów (fot. Michał Parwa)
Warto obalać mity. Zajrzeć na drugą stronę lustra, wyrobić sobie własne zdanie, a czasem zweryfikować stare zapiski. Aby nic, co jeszcze istnieje, nie umknęło naszej uwadze. Całe szczęście, że można to robić w górach. Szczyt po szczycie.

Zgadzam się. Wysokością nie grzeszy. I faktycznie, pod szczytem jedna wycieczka szkolna pogania drugą. Nikt natomiast nie podważy tutejszych walorów widokowych. Trudno o lepsze miejsce na warsztaty fotografii, a i kilka bunkrów na porządną lekcję historii też się znajdzie. Jest jak ta sąsiadka z popularnego powiedzenia. Zatem: nie da ci Pilsko i nie da Śnieżnica tego, co może dać ci Równica. Z takim hasłem na ustach wyruszam w samo serce Beskidu Śląskiego. Tego samego, w którym podobno gorole się tak pobudowały, że hanysy na swoje dacze miejsca nie mają. Gdzie lasy schorowane, ścisk niemiłosierny, wszędzie wyciągi, hotele i łojezusicku! Chcę się przekonać na własne oczy, że w tym górskim skrawku zostało trochę miejsca dla przyrody, kilku dobrych ujęć, westchnień i zadumy nad przeszłością.
Na celownik biorę wspomniany wierzchołek. Istne monstrum o dwóch obliczach. Doktor Jekyll to w tym przypadku pachnący las, pusty szlak i oryginalne panoramy na cztery strony świata. Trzymając się analogii do noweli R. L. Stevensona, stoki południowe można przyrównać do pana Hyde’a. Ociekają tłumem, kiełbasą i chińskimi ciupagami. A więc niech się dzieje wola nieba, skoro wśród nas, górskich łazików, pełno amatorów ciemnej i jasnej strony mocy. Za to właśnie podziwiam Równicę (885 m n.p.m.). Na niewielkiej przestrzeni, w pełnej harmonii, funkcjonują dwa odrębne światy. Wystarczy przejść kilka kilometrów, by doświadczyć szoku kulturowego z prawdziwego zdarzenia. Sęk w tym, aby emocje dawkować stopniowo. Dlatego zamiast wchodzić od Ustronia polecam, mówiąc delikatnie… zajść górę od tyłu. Od strony Brennej.

Zanim nadejdą inni
Tuż po wojnie poznał się na niej sam Kazimierz Sosnowski, najsłynniejszy w ubiegłym wieku propagator turystyki pieszej. Rozpływał się „z powodu miłych widoków na wierchy”, z uznaniem pisał, że jest „licznie przez turystów odwiedzana” i „bardzo łatwo dostępna”. Twórca Głównego Szlaku Beskidzkiego nie pominął również zagospodarowanych zboczy, gdzie „słońce psuje śnieg lub wprost wywiewają go do gołej ziemi gwałtowne wiatry”. Od tego czasu minęło blisko 70 lat, lecz czy te słowa są wciąż aktualne?
W kierunku odpowiedzi prowadzi mnie szlak zielony im. Edmunda Kaźmierczaka, międzywojennego prezesa Górnośląskiego Oddziału PTT. Startuje w Brennej przy stacji paliw, u wylotu drogi na Leśnicę. Szybko rozprawiam się z krótkim fragmentem asfaltu, by następnie odbić na zachód nieopodal mostu. Kończą się domy, pola i łąki. Robi się coraz bardziej stromo. Przy pierwszych strużkach potu mam już na liczniku 500 m n.p.m. Przede mną pierwszy fragment lasu i wolno stojąca część osiedla Krężelesze. Nie sposób się pogubić, kiedy nagle spomiędzy buków wyłania się solidna piętrowa chałupa. Zgodność z mapą potwierdzona. Wiem, gdzie jestem. Czym prędzej zostawiam za plecami oznaki cywilizacji i dziarskim krokiem wrzynam się w zbocze.
Przez kolejne kwadranse małe polanki tasują się ze świerkami i buczyną. Jeszcze tylko krótki postój, pełny oddech wycelowany w piersi i można stwierdzić, że miód został wylany na mieszczańskie serce. Wokół ani śladu żywego ducha, nie licząc saren wypłoszonych przy podejściu.
– Gdzie ci turyści, prawdziwi tacy? – nucę w głowie na znaną melodię.
Przystaję na moment, by przepić ciepłą herbatą wszystkie leśne zapachy. Nie
ma się co spieszyć, kiedy pod stopami coraz bardziej płasko. Chwilę po tym
melduję się na grzbiecie. Pojawiają się niebieskie znaki, a wraz z nimi znamienne „cześć!”, wydukane po raz pierwszy dzisiejszego dnia. To zwiastun tego, że do schroniska coraz bliżej. Zanim jednak oddam się potulnie w ramiona chaosu, muszę załatwić należyte formalności. Droga, przez następnych kilkaset metrów, ciągnie się bez wzgórków i przewyższeń w stronę szczytu. Stopniowo, ospale, aż do rozwidlenia ścieżek, gdzie z południa dobiegają już odgłosy karczmy. W tym miejscu porzucam sugestie mapy i wraz z ubitą przecinką napieram bez szlaku na wierzchołek. Pięć, może dziesięć minut później mogę się okrzyknąć jednym z milionowej rzeszy zdobywców Równicy. W oazie spokoju towarzyszy mi potężny garb Skrzycznego (1257 m n.p.m.), który bez wahania łapię w sidła fotografii. Spoglądając na strzelisty nadajnik, instaluję się gdzieś pomiędzy konarami. Lepszej okazji na uzupełnienie kalorii nie będzie. Chyba że ktoś woli kwitnąć niebawem w kolejce do bufetu.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też