Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Bieszczady

San nie bał się Biesa

Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Michał Parwa
Charakterystyczny krajobraz Połoniny Caryńskiej bez gałązek kosodrzewiny (fot. Michał Parwa)
Mit Dzikiego Zachodu, demony historii i opowieści o turystyce z siekierą zrobiły swoje. Na koniec Polski ciągną zastępy turystów, a Bieszczady w niczym nie przypominają odludnej krainy sprzed kilku dekad. I chociaż nigdy nie zastąpią Tatr, poza sezonem można usiąść w cieniu minionej epoki i posłuchać legend.

Niezależnie od tego, skąd wyruszamy w Bieszczady, trudno oprzeć się wrażeniu, że przemierzamy pół kontynentu w kierunku odległych rubieży cywilizacji. O tym, że jesteśmy na miejscu, zwykle przekonują regionalne atrakcje. Możliwość kupienia tańszego paliwa w sklepie spożywczym i mobilne kantory pukające w szyby samochodu z ofertą lepszego kursu hrywny to dopiero początek. Dwie kontrole straży granicznej w ciągu pięciu minut i znaki ostrzegające przed rysiami i niedźwiedziem na drodze to już domena ścisłego serca regionu. Trzeba tylko uważać, aby nie doświadczyć szoku kulturowego. Jeśli nie jesteśmy niemiecką rodziną podróżującą na mecze Euro, powinniśmy potraktować wszystkie bieszczadzkie „smaczki” jako znak firmowy Pasma Połonin. Trudno się im oprzeć, kiedy nawet w telewizyjnej reklamie animowane narządy wyśpiewują refren punkowego KSU: „Ustrzyki to stolica Bieszczad jest”.

Gdzie diabeł mówi dobranoc
Najlepiej zagościć tu na kilka dni. Nie tylko ze względu na męczącą podróż. Zwyczajnie szkoda opuszczać tak piękną krainę po jednym dniu. Dlatego Kajetan z Andrzejem na propozycję wyjazdu reagują zupełnie poprawnie. Pakują się w kilka godzin i bez zbędnego planowania lądujemy w jeepie zmierzającym do Ustrzyk Górnych.
– W końcu to Dziki Zachód, więc reduktor może się przydać – argumentują koledzy.
Pośrodku wielkiej obwodnicy bieszczadzkiej tradycji staje się zadość. Mroźny wieczór wita nas jaskrawym lizakiem i przykładnym salutowaniem.
– Panowie jadą od granicy czy dopiero na urlop? – pyta nas zziębnięty pogranicznik.
Zgodnie z prawdą wdajemy się w dyskusję o Paśmie Połonin, które obraliśmy za cel wyjazdu. Rozciąga się od Smereka (1222 m n.p.m.) aż po graniczny Rozsypaniec (1273 m n.p.m.). Jednak przeciętny Kowalski kojarzy je z gniazdem Tarnicy (1346 m n.p.m.), czyli najwyższym szczytem w polskich Bieszczadach, i najbardziej znanymi połoninami: Wetlińską i Caryńską.
Późną nocą docieramy do Ustrzyk Górnych, które o tak nieprzyzwoitej porze sprawiają wrażenie istnego końca świata. Zupełnie jakby za wsią ląd się urywał, opadając stromym klifem do ciemnego oceanu. Zresztą Ustrzyki, dziś nazywane osadą leśną, już w 1760 roku doświadczyły pierwszego mikrokataklizmu, kiedy zbójnicy uprowadzili wszystkich chłopów na Węgry, a to, co zostało, posłali z dymem prosto do nieba.
Wieś odradzała się aż do początków ubiegłego stulecia. W 1921 roku liczyła już 68 domów i ponad 400 mieszkańców. Niestety, prawie dwa wieki po napadzie zbójników osada znalazła się w rękach Ukraińskiej Powstańczej Armii, by po kilku latach ulec pacyfikacji przez polskie wojsko. W konsekwencji na początku lat 50. XX wieku ostała się tylko placówka Wojsk Ochrony Pogranicza, a każdy napotkany człowiek był traktowany niemal jak zjawisko paranormalne. Współcześnie mieści się tu Muzeum Turystyki Górskiej PTTK i siedziba dyrekcji Bieszczadzkiego Parku Narodowego. A Ustrzyki, będąc najlepszym punktem wyjściowym w wysokie partie gór, zamiast drwali przyciągają turystów.

Postać z nietoperzowymi skrzydłami
Pierwsze dwa dni poświęcamy na klasyki, czyli wspomnianą Tarnicę i Wielką Rawkę (1307 m n.p.m.) – najwyższy szczyt pasma granicznego. Niestety, ostry wiatr i padający niemal poziomo śnieg sprawiają, że podczas wędrówek widzimy jedynie czubki własnych nosów. Dlatego kiedy pojawia się możliwość zobaczenia czegoś więcej, od razu wyruszamy w kierunku Połoniny Caryńskiej. Ponoć oklepana, ponoć przechodzona. Ale zawsze piękna. I nigdy się nie nudzi.
– Ileż razy można ją oglądać na cudzych zdjęciach – żartujemy, czekając na stopa w kierunku Wetliny.
Złapanie okazji to w zasadzie nasza jedyna nadzieja. Poza sezonem, i do tego w niedzielę, komunikacja zbiorowa praktycznie nie istnieje. Nawet telefony do lokalnych busiarzy milczą od rana. Na szczęście po kilku chwilach z wyciągniętym kciukiem pakujemy się do starej astry, która parkuje na Przęłeczy Wyżniańskiej (855 m n.p.m.). Nasza trasa od razu wymaga korekty. Początkowo planowaliśmy podejście z Brzegów Górnych. Ale pojawia się szansa na drugie śniadanie w Bacówce pod Małą Rawką. Niezależnie od planu wycieczki, cesarzowi trzeba oddać, co cesarskie. Czyli opłacić wstęp do parku.
– Macie panowie pecha, dopiero otwieram – żartuje kasjer z plikiem kluczy w dłoni.
Obchodząc Wierch Wyżniański (913 m n.p.m.), po kwadransie docieramy do schroniska. To jeden z kilkunastu obiektów postawionych w ramach koncepcji PTTK, zakładającej budowę schronisk turystyki kwalifikowanej. Projekt zakładał budowę 11 placówek, z których do dziś nie działa tylko Bacówka na Lubaniu w Gorcach (spłonęła w 1975 roku). Za to pod Rawki turyści zachodzą nieprzerwanie od 1979 roku.
– Pierwsi goście z zewnątrz, co podać? – wita nas głos z okienka.
Faktycznie o tej porze roku tłoku nie ma. Co innego np. w maju lub późną jesienią, kiedy odbywają się tu słynne Czejtowiska – popularne pokazy slajdów z dalekich wypraw. Po naszych śladach docierają kolejni goście. Dzięki temu przy herbacie poznajemy legendę o złym Biesie, rogatej postaci z nietoperzowymi skrzydłami, do którego niegdyś należała okolica.
(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też