Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Bieg 7 Dolin

Samozagłada w wersji light

NPM 12/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Zaczyna się od pięciu kilometrów. Potem jest pierwsza dycha, kilka półmaratonów, wreszcie „dystans królewski” z bólem mięśni, o których istnieniu nie miałeś pojęcia. Aż uświadomisz sobie, że nabijanie kilometrów po asfalcie nie umywa się do biegania po górach. I zanim się obejrzysz, stajesz o świcie na trasie pierwszego w życiu ultramaratonu. Zdany na siebie, z jednym pytaniem na ustach: co ja tu właściwie robię?

Biegowe szaleństwo pod Pijalnią Główną widać już w piątek. Pół miasta paraduje w obcisłych spodenkach, słychać brawa, okrzyki. Przez park niesie się woń maści rozgrzewających. Ktoś truchta, ktoś inny rozciąga łydki przy ławkach. Trzy dni wystarczą, by Krynica-Zdrój zmieniła się w polską stolicę biegania. Kibice, koncerty, sławy lekkiej atletyki do spółki z targami sprzętu robią za niezbędną otoczkę. Bo gwiazdą jest tak naprawdę każdy, kto zdecyduje się na start w jednej z ponad 30 konkurencji. To jest ten magnes. Złote runo dla truchtaczy, sprinterów i długodystansowców. W imię zasady „dla każdego coś miłego” można wziąć udział między innymi w biegu pod krawatem, biegu nocnym, maratonie albo życiowej dziesiątce, której trasa prowadzi cały czas z górki. W sumie blisko dziewięć tysięcy zawodników. To tak, jakby wszyscy mieszkańcy Suchej Beskidzkiej nagle wyszli pobiegać. Dlatego właśnie podczas Festiwalu Biegowego dzieją się rzeczy niesamowite. Ludzie przełamują bariery, biją rekordy i przekraczają własne granice na czele z wysłuchaniem wszechświatowych hitów Zenka Martyniuka w wersji góralskiej.

Pierwszy akord wybieramy sami, reszta jest jedynie konsekwencją – Witold Gombrowicz
Jest też kategoria skoków na głęboką wodę. Bo jak inaczej nazwać Bieg 7 Dolin? 100 kilometrów wyrypy po szczytach Beskidu Sądeckiego to jeden z najsłynniejszych biegów górskich w Polsce. Z formułą genialną w swojej prostocie.
Start o trzeciej nad ranem z krynickiego deptaka. Pierwszy etap trasy wiedzie przez Jaworzynę Krynicką (1114 m n.p.m.) i Halę Łabowską aż do Rytra. Tam znajduje się pierwszy przepak (sprzęt przekazany organizatorom przed zawodami), punkt odżywczy i zarazem start kolejnej konkurencji – Tauron Ultramaratonu 64 km. Z tego miejsca uczestnicy biegną już razem. Harpagany z setki i jeszcze wypoczęci zawodnicy krótszego dystansu zaczynają podejście pod Schronisko PTTK na Przehybie, najwyższą w paśmie Radziejową (1266 m n.p.m.), by ostatecznie zbiec do Piwnicznej-Zdroju.
Przy moście nad Popradem scenariusz się powtarza. Osoby biegnące na 100 i 64 kilometry zaliczają następny przepak, uzupełniają kalorie, a na trasę rusza trzeci bieg, liczący 34 kilometry. Prosto do Wierchomli Wielkiej, przez Łomnicę-Zdrój i rzecz jasna okoliczne pagórki, żeby nie było za łatwo. Ostatnie déjà vu czeka na uczestników w Szczawniku, gdzie startuje 17-kilometrowy „Runek Run”. Tym sposobem na całą pętlę wbiega około 2500 biegaczy. Tasują się, mijają, wzajemnie dopingują, by dotrzeć do mety. Co ważne, wspólnej dla wszystkich dystansów i jak zwykle ulokowanej pod krynicką pijalnią. W ten sposób każdy z nich może dopasować górskie wyzwanie do swoich możliwości.
Brzmi pięknie i logicznie. Ale schody pojawiają się, gdy w końcu trzeba podjąć męską decyzję. Stres? A jakże! Do tej pory na swoim koncie mam jeden maraton terenowy, i to po Wyżynie Śląskiej. Zatem realnie rzecz ujmując, 100 kilometrów to byłaby samozagłada. Za to 64 kilometry to już inna bajka, dająca iluzoryczne szanse na przetrwanie. Tak sobie tłumaczę zgłoszenie na pierwszy ultramaraton w życiu, czyli 22 kilometry więcej od najdłuższego biegu, w jakim brałem udział. Do tego po górach, ze sporym przewyższeniem. Dokładnie 3070 metrów na plusie i 2970 zbiegania. Samozagłada w wersji light.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też