Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Mała Fatra

Samoobsługa w Grand Hotelu

NPM 1/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Marcin Hoffmann
W okolicy Pod Hornou lúkou (1235 m n.p.m.), poranne zakładanie śladu. W oddali widoczny m.in. Kľak (1351 m n.p.m.) (fot. Marcin Hoffmann)
Kto kiedykolwiek był na Słowacji i miał okazję wędrować fatrzańskimi szlakami, ten wie, jak atrakcyjne są dla wędrowców te pasma górskie. Śnieżne warunki i wysoki mróz zachęciły nas do posmakowania mniej znanej – zwanej Luczańską – południowej części Małej Fatry i zimowego przejścia na rakietach jej graniowego, czerwonego szlaku.

Wyjazd rozpoczyna się dla mnie długim oczekiwaniem na pociąg w Poznaniu. Grudniowy mróz kumuluje duże opóźnienia w ruchu kolejowym. Poznański dworzec PKP jest pełen ludzi, a ja na tablicy widzę już 70 minut opóźnienia dla mojego składu relacji Szczecin – Kraków. W końcu, po półtorej godzinie od planowanego odjazdu, kulam się w stronę Wrocławia. Z moimi wyjazdowymi towarzyszami niedoli – Gryfem i Menelem – umówiony jestem w Opolu na dworcu. Jak się później okazuje, moja podróż wydłuża się prawie dwukrotnie. Stoję ponad godzinę na polu przed Lesznem, potem jeszcze za Wrocławiem. Tym sposobem zamiast po godzinie trzeciej, w Opolu jestem grubo po piątej nad ranem. W zaparowanym aucie widzę dwóch śpiących, ale wiernie czekających kompanów. Ruszamy autostradą A4 w kierunku Katowic.
W Zwardoniu lądujemy o kwadrans za późno. Kwadrans, przez który musimy czekać prawie trzy godziny na następny pociąg do Żiliny. Pogoda jest wyśmienita, silny mróz, piękna wyżowa aura, a nasz skład uciekł. Nic to, rozkładamy się w poczekalni dworca PKP w Zwardoniu i ucinamy sobie drzemkę. Wewnątrz jest pewnie ledwo powyżej zera, jednak w śpiworach tego nie czujemy. Przed godziną 12 w pełnym rynsztunku przechodzimy pieszo żółtym szlakiem przez granicę i na przystanku Skalité-Serafinov oczekujemy pociągu. Piękny, nowoczesny skład zabiera nas do Żiliny, a tam przesiadamy się na autobus szynowy. W Strečnie jesteśmy tuż po godzinie 15. To około 380 metrów n.p.m., a zanocować chcemy dziś znacznie wyżej. Kiedy słońce chyli się ku zachodowi, przekraczamy pieszą kładką rzekę Wag. Nad naszymi głowami góruje zamek Strečno. Zagłębiamy się w las. Śnieg nam na razie nie przeszkadza. Menel aż dziwi się głośno, że tak go tutaj mało, ale też dzięki temu szybko nabieramy wysokości. „Skrzypce”, czyli rakiety śnieżne, nie są nam potrzebne.

Zimno, mroźno, jeszcze mroźniej
Wnet, już prawie w półmroku, dochodzimy do wiaty na sedle Rakytie (712 m n.p.m.). Łyk herbaty z termosu i ruszamy, bo organizm po całym dniu szybko się wychładza. Mam problemy, żeby nadążyć za chłopakami. I tak będzie już cały wyjazd. Generalnie Gryf jest zawsze poza zasięgiem, na zejściach jestem najwolniejszy, natomiast pod górę czasem zajmuję drugą pozycję w naszym peletonie. Menel wciąż pyta Gryfa:
– Chłopie, czym Ty się żywisz, że zapodajesz pod górę jak koń?
Ten drugi uchyla się od odpowiedzi za każdym razem i kwituje to krótkim:
– Moja tajemnica.
W zupełnej ciemności w świetle czołówek, sapiąc i myśląc o noclegu, dochodzimy na sedlo Javorina (968 m n.p.m.). Znajduje się tu wiata, którą mam okazję sfotografować dopiero rano. Topimy śnieg, bo wiata to nasze centrum kulinarne. Jest naprawdę chłodno, na szczęście jednak mamy ciepłe kurtki puchowe. Posileni pakujemy się z Menelem do namiotu. Nie powiem, żeby było to małżeńskie łoże, ale do rana śpi się komfortowo. W nocy jest około 11 stopni Celsjusza na minusie, za co ręczy Menel, który potrafi określić temperaturę z dokładnością 1-2 stopni na podstawie sztywności swojej kurtki i membrany. Po późniejszym sprawdzeniu okaże się, że i tym razem miał rację.

Więzienne mury
Rano czekają nas standardowe czynności obozowe, czyli pobudka, toaleta i śniadanie. Sęk w tym, że zimą wszystko trwa dłużej, a i chłód atakuje nas ze zdwojoną siłą. Trochę niepokoi nas fakt, że Gryf długo nie wychodzi z namiotu. Ale gdy sprawdzamy, co się z nim dzieje, okazuje się, że po prostu... gotuje w środku wodę. To dobry pomysł, bo schłodzony kartusz znacznie wydłuża poranne topienie śniegu. Wszystko byłoby fajne, gdyby nie pogoda… Wieje dość nieprzyjemnie, do tego zaczyna prószyć śnieg. Co gorsza, wcale nie mam ochoty jeść, bo przez cały wyjazd mam problemy żołądkowe. No, ale nie ma, że boli.
Z naszego obozowiska wyruszamy parę minut przed dziewiątą rano. Szlak od razu staje się stromy i wymagający. Ścieżka jest nieprzetarta, a śniegu przybywa z każdym metrem. Ubrałem się za ciepło i po chwili muszę zdjąć jedną warstwę odzieży. Po prawie dwóch godzinach wzmożonego wysiłku i zdobywania wysokości wreszcie wychodzimy z lasu i mijamy Úplaz (1301 m n.p.m.). Widoków praktycznie żadnych. Odczuwalna temperatura spada, a dokuczliwy, mroźny wiatr smaga nasze prawe policzki. Wkrótce wychodzimy na połoninę. Śniegu jest tu wyraźnie mniej, przez co musimy zdjąć rakiety.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też