Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Aconcagua

Sam na wielkiej górze

NPM 10/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Łukasz Kocewiak
(fot. Łukasz Kocewiak)
W języku Indian Keczua nazwa Aconcagua oznacza Białego Strażnika. Już dawno temu lokalne plemiona przypisywały jej cechy ludzkie. Celowa antropomorfizacja pozwala w surowej i nieożywionej górskiej przyrodzie odnaleźć pierwiastek ludzki lub nawet boski. 

Dla mnie Aconcagua jest Śnieżnym Strażnikiem, w którego cieniu wszystkie wyrzeczenia i zmagania podczas akcji górskiej nabierają głębszego charakteru. Nie jest kolejną górą, którą się zalicza, ale czymś więcej, co pozwala przeżyć wyprawę w szczególny sposób.
 
Trekking w Horcones
Głęboka i szeroka dolina Horcones ciągnie się leniwie przez wiele kilometrów, aż do podnóża Aconcagui, gdzie znajduje się baza – Plaza de Mulas (4370 m n.p.m.). Stoki łańcuchów górskich tworzą mozaikę na przemian nakładających się odcieni żółci, czerwieni i brązu. Czasami dla urozmaicenia daje się zauważyć również zielonkawe zabarwienie. Odczucie różnorodności potęguje niepowtarzalny układ światła i cieni.
Trekking przeogromną doliną to coś dla wytrwałych miłośników gór. Bo monotonnej wędrówki wcale nie urozmaica jednostajny krajobraz. Pomimo tego, że po obydwu stronach ciągną się srogie łańcuchy górskie, odnoszę wrażenie, że znajduję się pośrodku wielkiego pustkowia. Mały człowiek na ziemskim padole, niezauważalny element krajobrazu.
Trekking zaczyna się łatwo. Na początku trasa jest płaska, do wiszącego mostu, który powstał na potrzeby filmu „Siedem lat w Tybecie”, i ciągnie się łagodnym podejściem aż do pierwszego obozu – Confluence (3400 m n.p.m.). Moja baza na dziś to budka strażników, maszt antenowy i dziesiątki małych kolorowych namiotów.
Po dwóch dniach fascynującego trekkingu dochodzę do bazy Plaza de Mulas. Powyżej tego punktu nie spotkamy już zorganizowanej infrastruktury, stąd rozpoczyna się właściwa akcja górska.
W bazie jest chyba wszystko, czego zwykłemu śmiertelnikowi potrzeba do szczęścia. Oprócz galerii zdjęć, punktów gastronomicznych, regularnie rozmieszczonych sławojek, gabinetu medycznego i lądowiska dla helikopterów stoi też namiot z dostępem do internetu. Prognozę pogody można sprawdzić w każdej chwili. Przed próbą wejścia na szczyt pozostaje mi dobrze się zaaklimatyzować i czekać na odpowiednie okno pogodowe. Tutaj przebiega powolna, kilkudniowa adaptacja do znacznej wysokości.
 
Samotna akcja górska
Wyruszam dość wcześnie, gdy cały obóz nadal pogrążony jest w błogim śnie. Nikt nie zauważa mojego zniknięcia. Jeden namiot mniej w krajobrazie pełnym kolorowych kopułek w jednym z największych base campów na świecie nie czyni zauważalnej różnicy. Ścieżka pnie się do góry zakosami pomiędzy gęstwiną skał. Duża wilgotność i lekki opad ograniczają widoczność, ale nie tak łatwo zabłądzić, gdyż podążam śladami wielu pokoleń alpinistów. Wiatr wieje ze wszystkich stron i smaga lepkim śniegiem prosto w twarz.
Pierwszy nocleg po wyjściu z bazy spędzam w Plaza Canadá (5050 m n.p.m.), która znajduje się na płaskiej buli pozbawionej jakichkolwiek naturalnych osłon, więc niezależnie od pory dnia niemiłosiernie tu wieje. Pół godziny później namiot stoi, przytwierdzony ze wszystkich stron mocno napiętymi linkami. W środku panuje przyjemna atmosfera. Odrobina wytchnienia pozwala się zrelaksować i wyczulić otępiałe zmysły. Uzupełniam płyny, zjadam liofilizowany obiad i przed snem wyruszam jeszcze na aklimatyzacyjny spacer.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też