Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Norwegia

Saga z adrenaliną

NPM 10/2012
Numer wyprzedany
Autor:
Jarosław Tomaszewski
Folgeffona to przede wszystkim przygoda. Trekking i łatwe wspinaczki przenikają się tu od wielu dziesięcioleci (FOT. Jarosław Tomaszewski)
Mitologiczna otchłań wypełniona lodem to dla Skandynawów punkt odniesienia dla opowieści o stworzeniu świata. W Norwegii, na styku tego, co pradawne i turystycznie wciąż atrakcyjne, łatwo znaleźć dla siebie ciekawą formę spędzenia wolnego czasu. Ja wybrałem wariant spod znaku „krótko i intensywnie”.

Zawadiacko poruszył wąsem, a kolejne ruchy kierownicą odsłaniały spod rękawa jego koszuli nieco wyblakłą wytatuowaną kotwicę na umięśnionym przedramieniu. Jak na emeryta, prowadził pewnie, a osobliwe i surowe chrząknięcia, wyrażające oburzenie na innych uczestników ruchu, dodawały mu nordyckiej powagi i animuszu. Od chwili, gdy opuściłem busem lotnisko w norweskim Bergen, towarzyszyły mi sporadyczne i równie minimalistyczne w treści wypowiedzi naszego kierowcy. Moja początkowa irytacja z powodu nieznajomości języka norweskiego minęła szybko. Dałem się ponieść urodzie obco brzmiących słów wyrażających – jak się domyślałem – podziw dla mijanych przez nas krajobrazów. Każdy kilometr równej jak stół drogi oddalał mnie od mojego pracowniczego biurka. Byłem żądny norweskich wrażeń. Miałem tylko cztery dni, które musiały starczyć, by liznąć choć odrobinę chłodu lodowca i zmierzyć się z trudnościami pierwszej w Norwegii via ferraty. Na koniec przewidziałem relaks i mieszczańskie uciechy w portowym Bergen.
– Musi się udać – pomyślałem i porozumiewawczo skinąłem na twardziela za kierownicą.
Reszta pasażerów skrupulatnie zapełniała karty aparatów fotograficznych widokami Hardangerfjordu i jedynie wjazd do kolejnego niekończącego się tunelu potrafił skutecznie oderwać aparaty od ich oczu. Swoją drogą, nawet tunele były miłym urozmaiceniem w drodze do hotelu, a dochodzące zza moich pleców pełne podziwu ochy i achy potęgowały wrażenie, jakie robią majestatyczne korytarze wydrążone w litej skale. Podróżnicze uniesienia moich kompanów z tyłu busa przerywa spartańska angielszczyzna kierowcy.
– A ronda w tunelach u siebie macie? – rzuca z wyraźną dumą z postępu technicznego w swoim kraju.
Odpowiedzią na zaczepkę były nasze coraz bardziej rozszerzające się źrenice. Szybko dotarło do nas, że zbliżamy się do wielkiej komnaty, w której po obręczy ronda kolejne auta znikają w odnogach ciągnących się nie wiadomo dokąd tuneli. Jedna z takich właśnie odnóg prowadziła do miejsca mojego pierwszego noclegu.

Jak u Norwega za piecem
Ulvik. Wioska, która zaskoczyła mnie nie tylko swą urodą, ale i ogarniającym poczuciem wyludnienia, połączonym z absolutną ciszą. W sumie nic w tym dziwnego, bowiem gminę o tej samej nazwie, co wioska, zamieszkuje zaledwie około 1112 osób. W skrócie, na jeden kilometr kwadratowy wypada półtorej osoby. Nie liczbami jednak byłem pochłonięty, ale niesamowitym poczuciem ogarniającej swojskości. Pomyślałem nawet, że pierwsze, z czym skojarzę po powrocie do domu kameralne Ulvik, to widok sadów, które obok fiordu mogą być idealną wizytówką swojskiej osady. Mało kto zresztą wie, że to właśnie tutaj w XVIII wieku zasadzono pierwsze norweskie ziemniaki. Idealnym dopełnieniem tej sielankowej impresji było spróbowanie owoców pracy okolicznych sadowników. Spoglądając z zaciekawieniem na reakcje smakoszy, sięgam po lampkę cydru. Z każdym łykiem lekko kwaskowatego trunku, oprócz ukojenia pragnienia, dociera do mnie, co jest kwintesencją tego regionu. Delektowanie się regionalnym specjałem przerywa charakterystyczny zapach wdzierający się w każdy zakamarek nozdrzy. Pobudza ciekawość i zarazem tnie chłodem jak chirurgiczny skalpel. Orzeźwiający wiatr z pobliskiego fiordu niesie ze sobą rześkie powietrze, a z każdym kolejnym oddechem zbliża nas mentalnie do pobliskiego lodowca Folgefonna. Leniwą, wieczorną eksplorację linii brzegowej Hardangerfjordu przeplata widok azjatyckich turystów. Osobliwy to obrazek, bowiem – w odróżnieniu od stereotypowo wszechobecnych Niemców – ci maszerują zupełnie podporządkowani idei ładu i reżimowi niezauważalności. Spacer ciągnie się w nieskończoność, a coraz bardziej ciążąca waga aparatu uwieszonego u szyi i rzut oka na tarczę zegarka uświadamiają mi, że już dawno po północy. Zwodnicze norweskie białe noce całkowicie stępiły moje zmysły i poczucie czasu. Pozostała natomiast ogromna satysfakcja.
– W końcu jeszcze nigdy nie fotografowałem za jasności po godzinie pierwszej w nocy – uśmiecham się do siebie, robiąc ostatnie zdjęcie.
Niespokojnie próbuję zmrużyć oczy. Na dworze zaledwie szaro, a świerszcz nie piśnie nawet jednej nocnej serenady. Na szczęście nie słychać też mew, co traktuję jako dobrą wróżbę zapowiadającą krótką drzemkę.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też