Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Tatry Zachodnie

Rohackie danie główne

NPM 8/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Piotr Adamski
Widok z grani na Rohacką Dolinę i Rohackie Plesa (Fot. Piotr Adamski)
Grań Rohaczy nazywana jest często Orlą Percią Tatr Zachodnich. To szlak nieco łatwiejszy niż słynne przejście od Zawratu po Granaty, ale dostarcza równie niezapomnianych przeżyć. Kto lubi łańcuchy, klamry, mocną ekspozycję i ekscytującą wspinaczkę, ten będzie zadowolony.

Nastał jeden z długich wakacyjnych weekendów. Tym razem do dyspozycji mam aż pięć wolnych dni. Wspólnie z moją żoną Mariolą szybko podejmujemy decyzję o wypadzie w Tatry Zachodnie. To jedno z tych miejsc w górach, gdzie jeszcze razem nie mieliśmy przyjemności przebywać. Z założenia dajemy sobie spokój ze stroną polską, gdyż długie weekendy w naszym kraju to tłumy ludzi na szlaku i w schroniskach. Jedziemy zatem do Zuberca, małej miejscowości naszych południowych sąsiadów, dobrze położonego i popularnego miejsca wypadowego w Tatry Zachodnie.

Grześ na rozgrzewkę
Od początku myślę o jednym szlaku, o którym wiele dobrego słyszałem, ale jakoś do tej pory nie miałem okazji go przejść. Tylko sobie na niego patrzyłem czy to z Kończystego Wierchu, czy to z Wołowca. Od samego początku wiercę zatem dziurę w brzuchu swojej drugiej połowie:
 – Byłaś przecież ze mną na Orlej Perci. Tam będzie podobnie, a na pewno nie będzie trudniej – staram się zachęcać.
Początkowo idzie opornie, gdyż Mariola nasłuchała się wcześniej jakichś niestworzonych historii o trudnościach na całej grani, ale w końcu ulega. Więc postanowione – idziemy na Rohacze!
Górskie emocje dozujemy jednak ze spokojem. Jak uczy praktyka, lepiej jednak pierwszego dnia się nie forsować od razu, tylko wpierw na rozgrzewkę zafundować sobie prostszą, krótszą trasę.
– Ot, na rozruszanie kości dla siedzącego mieszczucha – tłumaczę przy śniadaniu.
Wybór pada, a jakże by inaczej, na Grzesia (1653 m n.p.m.). Pewnie będę jednym z wielu miłośników gór, kiedy stwierdzę, że przed laty to była moja pierwsza góra w Tatrach Zachodnich. Nic dziwnego, bo na szczyt prowadzi proste podejście zarówno od polskiej, jak i słowackiej strony, a na górze czeka między innymi śliczny widok na dostojny Kominiarski Wierch (1829 m n.p.m.). No i do tego ta słodko brzmiąca nazwa, kojarząca się między innymi z popularnymi wafelkami – te trzy rzeczy zawsze kojarzą mi się z tym wierzchołkiem.
Jak postanowiliśmy, tak robimy. Po deszczowym poranku od Zverovki idziemy Doliną Łataną wpierw za znakami żółtymi, by później skręcić na szlak zielony i zacząć spokojne podejście na Grzesia. Od tego momentu wejście na szczyt zabiera nieforsownym tempem około godziny. Nad nami przez cały czas kłębią się nisko chmury, jednak co chwila odsłania się jakiś inny fragment krajobrazu. Na nudę więc nie możemy narzekać.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też