Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Rogacz znad Białej Wody

NPM 2/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Za górami, za Szczawnicą i lasami, była sobie Ruś Szlachtowska. Najbardziej na zachód wysunięta ziemia Łemków. Został po nich rezerwat, zarastające łąki i szmer potoku przerywający ciszę między strzelistymi skałami. Najwyższa pora odkryć tę krainę na nowo, zdmuchnąć świeży śnieg. Zanim ktoś przekopie tędy tunel do Piwnicznej-Zdroju.

Przełom Dunajca ucichł w głębokim, zimowym śnie. W kalendarzu co prawda weekend. Ale gdy na ulicy plucha i błoto pośniegowe, to i turystów jak na lekarstwo. Może jeszcze w Szczawnicy pod pijalnią trafi się jakiś kuracjusz. Za to każdy następny kilometr w stronę Jaworek czy Wąwozu Homole jest jeszcze bardziej bezludny. Do tego stopnia, że nad Białą Wodą zawracają ptaki. Szkoda, bo infrastruktura tu całkiem poważna. Piękny parking z bilecikami, samoobsługowy, nawet automat do rozmienienia pieniędzy postawiono. Powiało Zachodem.
– Gdzie te czasy, kiedy kartkę za szybę wkładał ci baca w gumiakach i wełnianym swetrze – żali mi się Andrzej, mój towarzysz dzisiejszej wędrówki, szczekając zębami z zimna.

Transpowiatowy przekop
Na warsztat bierzemy dziś Beskid Sądecki. A w zasadzie to jego kraniec, na granicy światów. Tam, gdzie spotyka się on z Pieninami, a przy okazji także Polska ze Słowacją. I w sumie ten brak zimy w dolinach jest nam na rękę. Bo szlak czerwony, od którego zaczynamy, na pewno nie byłby przedeptany przy większych opadach.
Zaczyna się w centrum Jaworek i prowadzi stąd przez Przełęcz Gromadzką (938 m n.p.m.), Obidzę, aż do Piwnicznej-Zdroju. W linii prostej to 12 kilometrów, zaś jadąc autem, trzeba pokonać pięć razy dłuższy dystans. I pewnie z tej przyczyny ów szlak nie cieszy się największą popularnością. Meta przypada bowiem w sąsiedniej dolinie, w innym powiecie, skąd powrót autobusem do Szczawnicy można by przyrównać do próby złapania bezpośredniego stopa z Warszawy do Buenos Aires. Dlatego właśnie narodził się kiedyś pomysł budowy tuneli, czy też pociągu łączącego Szczawnicę z Piwniczną.
Pierwszy taki plan pojawił się w 2002 roku. Chodziło o połączenie obu miast 22-kilometrowym torem, po którym miał jeździć spalinowy szynobus. To było połączenie koncepcji zwykłego pociągu i kolei zębatej na stromych podjazdach. Podobna konstrukcja służy pasażerom na Słowacji, na trasie z Tatrzańskiej Szczyrby do Szczyrbskiego Jeziora. Pomysł jednak upadł po kilku latach, między innymi ze względu na protesty ekologów i brak pieniędzy po stronie samorządów. Szacunkowe koszty wyceniono bowiem aż na 190 milionów złotych.
Sześć lat temu naukowcy z Politechniki Krakowskiej wrócili do tematu i opracowali konkretny projekt tego przedsięwzięcia, który oprócz zaangażowania samorządów Szczawnicy i Piwnicznej-Zdroju zakładał także współpracę z PKP. A ta właśnie spółka ma możliwość wykupywania gruntów w ramach tzw. specustawy. Dzięki temu można by również nabyć tereny, których nie chcieliby sprzedać prywatni właściciele. Według wstępnych założeń kolej miała spalać gaz ziemny i pokonywać ten odcinek w 20 minut. Takie ekologiczne rozwiązanie mogłoby liczyć na wsparcie Unii Europejskiej, co przy kosztach w wysokości około ćwierć miliarda złotych miałoby wielkie znaczenie. Ale i w tym przypadku po krótkim medialnym szumie temat upadł. Na razie więc jedyną opcją pokonania najkrótszego dystansu pozostaje siła własnych
mięśni. A niebieskie i żółte znaki wyznakowane po grzbiecie dają opcję zamknięcia widokowej pętli nawet w jeden, krótki, zimowy dzień.

Zmieniając pory roku
Startujemy szybkim tempem po asfalcie w kierunku rezerwatu Biała Woda. Ale już po niespełna kilometrze odbijamy w lewo – przy agroturystyce z jazdą konną i bazaltowej skale, uchodzącej za osobliwość w skali ogólnopolskiej. Od 1962 roku jest bowiem ona pomnikiem przyrody nieożywionej, datowanym na około 120 milionów lat. Poza tym ciężko ją przeoczyć ze względu na blisko cztery metry wysokości.
Niepozorna dróżka, zaczynająca się tuż obok, wije się do góry w stronę Ruskiego Wierchu (935 m n.p.m.). I coś czujemy podskórnie z Andrzejem, że jego nazwa nie jest dziełem przypadku, skoro tak wprost nawiązuje do Rusinów (Łemków). Lecz zanim pogrzebiemy w historii, trzeba wyciągać aparaty. Stoki pokryte łąkami to idealne warunki do oglądania Pienin. Za plecami dominują Trzy Korony, wokół nas pojawiają się pierwsze płaty śniegu. A poniżej, z mgły wyłaniają się zabudowania. I już wiemy, że będzie dobrze. Trzeba tylko dojść wyżej i poczekać, aż słońce się podniesie.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też