Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Andrzej Kohyt

Robaczku, szał na Wembley!

NPM 3/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. Michał Krotofil)
Z Andrzejem Kohytem, gospodarzem Chatki Robaczka w Szklarskiej Porbie, rozmawia Jakub Terakowski

Skąd wziął się pseudonim „Robaczek”?
Dostałem.

Od kogo?
Od kolegi, który tylko raz zwrócił się do mnie w ten sposób. Sam nie wiem dlaczego… To było w 1980 roku. On tego nie pamięta, ale ja nie zapomniałem. Przylgnąłem do tego przezwiska, spodobało mi się. Zacząłem w ten sposób mówić o sobie, a potem zwracać się tak do ludzi. Chyba nikomu to nie przeszkadza.

A dlaczego nie „misiu”, „słoneczko” lub „żuczku”?
Bo to zbyt banalne. „Robaczek” jest pogodny, życzliwy, niezobowiązujący, zmniejsza dystans. Goście też zwracają się do mnie w ten sposób. Ta swoboda jest w górach bezcenna.

Jak zatem trafiłeś w góry, Robaczku?
Urodziłem się w Cieplicach, ale przez wiele lat góry w ogóle mnie nie interesowały. Skończyłem szkołę, poszedłem do pracy. Mój zakład organizował spartakiady. Wystartowałem w biegu przełajowym i od razu wygrałem. Zauważyli mnie lokalni działacze sportowi, namówili do trenowania i zacząłem biegać.

Po górach?
Wtedy jeszcze nie. Pierwszy był maraton. Pokonałem cały dystans w niecałe trzy godziny. Nieźle, jak na debiutanta, prawda?

Imponująco!
Po jakimś czasie, z myślą o poprawie kondycji, wybrałem się w góry. Kupiłem mapę, wyznaczyłem trasę, poszedłem, zabłądziłem, znalazłem drogę, znowu zgubiłem… Spodobało mi się... Skończyłem kurs znakarzy szlaków turystycznych i przez 12 lat wędrowałem po górach z pędzlem. Nie zaniedbywałem też sportu. W 1991 roku byłem reprezentantem Polski w Pucharze Świata w Biegach Górskich. I na tym, z powodu choroby, zakończyłem karierę. Mój trener, Marian Michalski, powiedział, że zdrowie jest ważniejsze od wyników.

Trudno nie przyznać mu racji.
Też mu ją przyznałem, więc zacząłem rozglądać się za swoim miejscem na ziemi – to znaczy w górach. Pracowałem jako wolontariusz w kilku schroniskach; poznałem je od zaplecza. Bardzo mi się to później przydało, bo gdy na przykład ogień i tak pali się pod płytą kuchennego pieca, to czemu nie postawić na nim przy okazji 30 litrów wody? To nic dodatkowo nie kosztuje, a może się przydać, gdy do schroniska wpadnie duża grupa. Terminowałem za kąt do spania i miskę strawy. Przełom nastąpił 2 lutego 1995 roku. Koleżanka powiedziała wtedy do mnie: „Ty durny jesteś, pomagasz innym za darmo, zamiast kupić sobie jakąś starą chałupę i otworzyć w niej schronisko”. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W marcu zacząłem szukać domu. Obejrzałem niejeden, lecz wróciłem do tego, który zobaczyłem jako pierwszy.

Co o tym zdecydowało?
Pieniądze. Był najtańszy. Ledwie stał, ale stał. Zrujnowany, zawilgocony… Bardzo stary – ma 250 lat. Blachę na dachu położono w roku 1910. Pracowałem jeszcze wówczas w Cieplicach, więc po fajrancie wsiadałem na rower, przyjeżdżałem tu, skuwałem ściany i po północy wracałem do domu. Ale już w lipcu przeprowadziłem się tutaj, aby chronić chałupę przed rozszabrowaniem. Nikt bowiem nie zaglądał do środka, dopóki stała pusta, lecz moja obecność zwróciła uwagę i resztki dobytku zaczęły znikać niepostrzeżenie. Nie miałem tu jeszcze wtedy prądu, wody, szamba. Szambo skończyłem zamykać 30 października, a nazajutrz spadł śnieg i leżał już do wiosny. Los mi sprzyjał.

Aż trudno sobie wyobrazić, że z rudery mógł powstać taki piękny dom.
Do dnia zakupu byłem niepoprawnym pesymistą, od tego dnia jestem optymistą. Wszystkie frustracje zniknęły bez śladu. Nie miałem ani chwili zwątpienia. Nigdy nie żałowałem ani się nie zastanawiałem, po co to zrobiłem.

No właśnie, po co to zrobiłeś?
Z myślą o własnym schronisku. I od razu pojawili się pierwsi goście, sam nie wiem skąd. Biwakowali na zewnątrz już w czasach, gdy do środka nikt poza mną nie miał odwagi wejść, bo strop groził zawaleniem. W roku 1998 sprzedałem mieszkanie i klamka zapadła. Wszystko zainwestowałem w chatkę. Zrobiłem łazienkę, wyremontowałem dwa pokoje, kuchnię, jadalnię i korytarz. Dom zaczął tętnić życiem.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też