Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Makowski

Rewanż u Koska

NPM 6/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Parwa
Łagodne zejście z Zębolowej dostarcza niezapomnianych widoków na Beskid Wyspowy (FOT. Michał Parwa)
Góry to stosunkowo enigmatyczny i nieprzewidywalny organizm. Może właśnie dlatego zdobycie uprzednio wyznaczonego szczytu, czy też przejście zaplanowanej trasy traktujemy często jako sprawę honorową. Zdarza się też, że słaby człowiek, zmuszony do odwrotu, przegrywa z potężną górą, przepełniony złością i ogromnym pragnieniem rewanżu. O dziwo, smak tych mieszanych uczuć poznałem w rzekomo niepozornym Beskidzie Makowskim.

Chcąc odwiedzić leżące najbliżej Krakowa pasmo górskie, musimy pamiętać, że niezależnie od tego, czy nazwiemy je Beskidem Makowskim, Średnim czy też Myślenickim, chodzi o ten sam obszar górski. Etymologia tych nazw jest nieco starsza od samego górotworu. Kiedy więc uświadomiłem sobie, że nie rozwiążę problemu nazewnictwa, postanowiłem się skupić na zaplanowaniu trasy. Wybór padł na Grupę Koskowej Góry, która stanowi swoisty kręgosłup omawianego Beskidu. Rozciąga się bowiem łukiem przez ponad 20 kilometrów, począwszy od Makowa Podhalańskiego aż po bliski sercu Johna Cleese’a Pcim. Nazwa całego pasma wywodzi się od najwyższego szczytu, a ta z kolei od nazwiska właściciela okolicznych terenów – Koska. Do dziś funkcjonuje nawet podszczytowe osiedle U Koska.
Trzymając się dokładnie nomenklatury geograficznej, w grupie tej można wyróżnić trzy mniejsze pasma: Koskowej Góry (866 m n.p.m.), Parszywki (849 m n.p.m.) oraz Kotonia (857 m n.p.m.). Zachęcony dość łagodnym charakterem stoków, opowieściami o ciszy, spokoju i malowniczych widokach, zdecydowałem się na odwiedzenie ostatniego z pasm. Na porę do wędrówek wybrałem sobie zimę dekady, o ile nie stulecia. Po wyjściu z terenu zabudowań zapadłem się nieomal po szyję w świeżym i sypkim puchu. Tempo marszu, o ile tak je można nazwać, zmniejszyło się do 500 metrów na godzinę. Patrząc na zachmurzony i niewysoki grzbiet Kotonia, zdecydowałem się więc na odwrót. W ten sposób góra, która nie przekracza 900 metrów nad poziomem morza, w połączeniu z siłami natury, wygrała w prozaiczny sposób ze strudzonym wędrowcem.
Do końca zimy ów, wydawać by się mogło mizerny, Kotoń nawiedzał mnie w sennych koszmarach. Kiedy więc śniegi stopniały bezpowrotnie, a wiosna zagościła w Karpatach, zdecydowałem się na rewanż. Tym razem dla bezpieczeństwa zabieram ze sobą grupę wsparcia w osobach Karoliny i Tomka. Z samego rana wyruszamy do krainy Kliszczaków, jak nazywano niegdyś tutejszych górali. Leciwy busik zawozi nas do Stróży, skąd rozpoczynamy wędrówkę. Maszerujemy cztery kilometry na wschód wzdłuż zabudowań, aby dotrzeć do szlaku. Życie mieszkańców toczy się tutaj własnym, niezmąconym niczym, tempem.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też