Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Marian Dudys

Reklama spadła z nieba

NPM 6/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
(FOT. ARCHIWUM CHLEBOWEJ CHATY)
Z Marianem Dudysem, gospodarzem Chlebowej Chaty w Beskidzie Niskim, rozmawia Jakub Terakowski  

Skąd nazwa Chlebowa Chata?
Bo organizujemy tu pokazy wypieku chleba.

A skąd ten pomysł?
Bo zaczęło brakować nam pieniędzy... Po wielu latach pracy w kopalni postanowiłem wyjść na powierzchnię, odetchnąć świeżym powietrzem i zamieszkać z... kornikami (śmiech). Zaryzykowałem, otworzyliśmy z żoną gospodarstwo agroturystyczne „Pod Psem”.

Niezbyt zachęcająca nazwa...
Na szkoleniu mówiono nam, że nazwa powinna zwracać uwagę. Okazało się, że trafiliśmy w dziesiątkę, gdyż nie przyjechał do nas nikt, kto nie miał poczucia humoru. Żartowaliśmy też, że szyld stanowi naszą polisę ubezpieczeniową, bo nie można przecież skarżyć się na cokolwiek w pensjonacie, którego nazwa sama uprzedza o jakości usług... (śmiech). A poważniej mówiąc: goście byli zadowoleni, nikt na nic nie narzekał, lecz dochody z tej działalności były zbyt skromne, aby utrzymać rodzinę – mamy trzech synów – więc postanowiłem poszerzyć ofertę.

Dlaczego właśnie o wypiek chleba?
Zainspirowali mnie chłopcy: na półce w kuchni stała drewniana maselniczka. Okazało się, że nie wiedzą, do czego służy; pojechałem z najmłodszym na dożynki, nie potrafił rozpoznać zbóż. I tak ziarnko do ziarnka, kiełkowała we mnie myśl, że skoro moi synowie lepiej znają skład hamburgera niż chleba, to z pewnością nie są w tej ułomności odosobnieni. Uznaliśmy, że należy to zmienić. Kupiliśmy chatę w Markowej koło Przemyśla i sprowadziliśmy się tutaj, do Górek Małych w Beskidzie Śląskim.

Dziwne rozwiązanie. W okolicy brakuje domów na sprzedaż?
Nie, ale tutaj każdy drewniany budynek jest chroniony przez konserwatora zabytków, więc trudno zdobyć pozwolenie na najdrobniejszą modyfikację, o przenoszeniu nie wspominając. A w Przemyskiem cieszą się, gdy ktoś chce uchronić dom przed ruiną.

Patrząc na Chlebową Chatę, nigdy nie zgadłbym, że jest „nietutejsza”.
Bo wyglądem nie odbiega od pozostałych zabudowań. Tradycyjne wiejskie domy na południe od linii Kraków – Tarnów – Rzeszów stawiane były według podobnego planu. Najlepszym przykładem jest frontowa belka podokienna: tutaj jedna, długa ciągnie się wzdłuż całej fasady, a na Kielecczyźnie może składać się nawet z pięciu osobnych części.

Piec chlebowy też został przeniesiony z Markowej?
Nie, przetransportowaliśmy tylko ściany, dach i podłogę, natomiast wyposażenie wnętrza ma charakter lokalny i pochodzi sprzed 50-70 lat.

Piec postawił Pan osobiście?
Nie, takich umiejętności nie posiadam.

A umiejętność wypieku chleba?
Nabyłem. Na Śląsku nikt już chleba w domu nie piecze, więc nie miałem o tym pojęcia. Zaprosiliśmy kuzynkę z Przemyskiego, znała przepisy od pokoleń, nauczyła nas.

Czyli Państwa chleb wypiekany jest według receptury wschodniej?
Podstawowa receptura jest w całej Polsce identyczna: mąka, sól i woda. Do smaku niezbędny jest też kawałek serca... Poszczególne przepisy różnią się tylko dodatkami oraz rodzajem i proporcją mąki. W naszym jest 80 procent żytniej, chleb jest więc ciemny, ma grubą skórkę, smak tradycyjny, lekko kwaśny, a świeżość zachowuje nawet przez dziesięć dni. Bochenki są ciężkie, ważą prawie półtora kilograma. Takie pieczywo doskonale zaspokaja głód. Wystarczą dwie kromki, aby się nasycić. Trudno gdziekolwiek kupić podobny chleb, bo jest za drogi. Wypiek się nie opłaca.

Państwo również go nie sprzedają?
Nie, pieczemy tylko podczas pokazów.

Czy każdy ich uczestnik może upiec bochenek dla siebie?
To nie takie proste. Ciasto należy wyrabiać tak długo, aż przestanie przyklejać się do rąk, a do tego potrzeba siły i czasu, przynajmniej pół godziny. Mało kto ma tyle cierpliwości. Raz nasi goście uparli się, że wszystko, od początku do końca, chcą zrobić sami. Efekt był taki, że zmywając ciasto z rąk, zatkali kanalizację, a w dzieżach nic nie zostało... Ciasto przygotowujemy więc osobiście, bezpośrednio przed pokazem, a goście robią tylko podpłomyki.

Co to takiego?
Podpłomyki wykonuje się z cienko rozwałkowanego ciasta chlebowego. Słowianie wypiekali je na rozgrzanych kamieniach, jeszcze przed opanowaniem umiejętności wytwarzania pieczywa. Są to jak gdyby same skórki od chleba, bez miąższu.

Coś pysznego!
Polecam z masłem i miodem lub ze skwarkami. Podpłomyki należy jeść ciepłe, prosto z pieca, a chleb nie wcześniej niż nazajutrz po upieczeniu. Krojenie świeżego powoduje powstawanie zakalca, każdy bochenek musi odparować, odetchnąć, ostygnąć. Chlebem wypieczonym podczas pokazu jednego dnia częstujemy więc następnego. Staramy się nie poprzestawać na prezentacjach, lecz uczyć też szacunku dla chleba i dzielenia się nim. Starsi ludzie wciąż jeszcze kreślą znak krzyża na bochenku przed rozkrojeniem i całują kromkę, która im upadnie. Pamiętają czasy, gdy chleb powszedni nie był aż tak powszedni jak dzisiaj...


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też