Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | 150. rocznica zdobycia Matterhornu

Reinholdzie Messner, "mamy Cię!"

NPM 7/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Monika Witkowska
Tuż pod szczytem – szczęśliwi, że się udało. Brakuje robiącego zdjęcie Piotrka Cichego (fot. Piotr Cichy)
Matterhorn kojarzy chyba każdy. A jeśli nawet nie, wystarczy, żeby przypomniał sobie czekoladki „Toblerone”. Już od lat 20. ubiegłego wieku na ich opakowaniu widnieje rysunek charakterystycznej skalnej piramidy, a i same czekoladki przypominają jej kształt. W tym roku przypada 150. rocznica pierwszego zdobycia legendarnej góry.

Szwajcarzy chwalą się, że Matterhorn to najczęściej fotografowany szczyt świata. Pewnie i tak, bo nie da się zaprzeczyć, że jest on wybitnie fotogeniczny. W okolicy Zermatt, urokliwego miasteczka położonego w jego pobliżu, poleca się nawet konkretne punkty z widokiem na skalnego pięknisia. Do większości z nich docierają startujące z Zermatt kolejki, niektóre nawet z opcją specjalnego kursu na wschód słońca.
Sama nazwa „Matterhorn” stanowi zlepek dwóch słów: matte to po niemiecku łąka (góra znajduje się w niemieckojęzycznej części Szwajcarii), horn to z kolei róg. Inna sprawa, że miejscowi wolą określenie w swoim dialekcie, czyli „Hore”, podczas gdy Polacy często stosują kumpelskie „Matt”.
Swoją drogą ciekawe, że jak świat długi i szeroki, wszyscy kojarzą Matterhorn, a włoską nazwę tej samej przecież góry, „Monte Cervino”, już mało kto. No cóż, siła marketingu. Jeśli chcemy być historycznie precyzyjni, pierwsze, jeszcze średniowieczne dokumenty, w których skalna piramida była wymieniana, podają nazwę „Mons Silvus”. Zdaniem niektórych Silvius był rzymskim przywódcą, który ze swymi legionami przekraczał w tych okolicach Alpy. Inni z kolei uważają, że źródłem tej nazwy jest łacińskie słowo silva, oznaczające las. W późniejszych wiekach nazwa ulegała stopniowym zmianom – z „Mons Silvus” powstało „Mons Servinus”, następnie „Mons Servin”, aż w końcu podmieniono pierwszą literę i wyszło „Cervin” – w wersji francuskiej, a po przerobieniu na włoski – „Cervino”, co oznacza teraz... Jelenią Górę (jeleń po włosku to cervo).

35 procent wchodzi na szczyt
Dla mnie Matterhorn staje się swoistym prezentem urodzinowym. Wymyśl sobie, że z okazji swojej czterdziestki warto byłoby się z nim zmierzyć. Udaje się, a że z jednodniowym poślizgiem, to już pal sześć!
Zjawiamy się w Zermatt w ekipie mocnej, bo 50 procent zespołu stanowi „klan Cichych” – Leszek Cichy (ten od pierwszego zimowego wejścia na Everest) i Piotrek – jego wspinający się syn, zaś drugą połowę stanowię ja z kolegą Sławkiem. Rozgrzewkę robimy sobie kilka dni wcześniej, zdobywając Mont Blanc, tak więc kondycję i aklimatyzację mamy. A prognozy pogody wydają się dobre. Wybieramy wspinaczkę od strony szwajcarskiej. Z Zermatt (1600 m n.p.m.), idyllicznej górskiej wioski wypełnionej w dużej mierzej tradycyjnymi, drewnianymi domami, musimy dostać się do schroniska Hörnlihütte (3260 m), skąd zaczyna się Hörnligrat – najpopularniejsza droga wspinaczkowa na Matterhorn.
Aby zyskać na czasie, inwestujemy w bilet na gondolkę i tak jak wszechobecni dziś w Szwajcarii już nie japońscy, ale chińscy turyści do jeziora Schwarzsee (2584 m) po prostu dojeżdżamy. Nazwa „Czarne Jezioro” jest w pełni uzasadniona – jego wody rzeczywiście bywają ciemne, czy wręcz czarne, a uroku dodają im odbijające się w nich zarówno góry, jak też skromna kaplica poświęcona „Maryi od Śniegu”. Postawili ją jeszcze w XVIII wieku dwaj mężczyźni, którzy w ten sposób podziękowali Opatrzności za uratowanie, po tym jak zgubili się we mgle na pobliskim lodowcu. Teraz zwyczajowo, w drodze powrotnej z gór, do kapliczki zaglądają alpiniści.
Od jeziora zaczyna się już konkretne podchodzenie – trzeba zrobić jeszcze 700 m w pionie. W schronisku zaskoczenie, bo trafiamy na istny tłum, kilkadziesiąt osób, z których praktycznie wszyscy to komercyjni klienci pod opieką lokalnych przewodników. Chyba tylko my nie mamy żadnej miejscowej obstawy.
Przed kolacją wszyscy skupiają się na szykowaniu ekwipunku. Niby jest wesoło, ale daje się wyczuć emocje. Każdy rzecz jasna liczy, że zdobędzie szczyt. Chociaż co roku Matterhorn próbuje zdobyć około trzech tysięcy osób, statystyki sukcesu mówią, że udaje się to tylko 35 procentom z nich.

Kiosk z gazetami
Jest ciemna noc, kiedy wszyscy się budzą, a około godziny czwartej wyruszają. My też, choć z założenia zostajemy na końcu. Wolimy wspinać się swoim tempem, zwłaszcza że w odróżnieniu od lokalsów nie mamy w głowie mapy stanowisk. Światła czołówek szybko nikną nam w mroku, kiedy stajemy przy skalnej ścianie, i praktycznie nikogo już nie widzimy. Ze schroniska na szczyt dzieli nas różnica 1200 metrów wysokości. Kolejne godziny mijają nam na mozolnym wspinaniu. Wysokość zdobywamy szybko, bo góra jest stroma, ale wcale nie jest oczywiste, którędy prowadzi droga. Są momenty, kiedy pakujemy się w trudności większe, niż powinniśmy. Wprawdzie w kilku miejscach pojawiają się poręczówki, ale normalnie trzeba zakładać stanowiska samemu. Nie powiem, ekspozycja robi wrażenie; do tego dochodzi krucha skała, nie mówiąc o tym, że nie jest przyjemnie z lecącymi kamieniami – ci, którzy wspinają się powyżej nas, często i gęsto je zrzucają, rzecz jasna nieświadomie.
Za to widoki są obłędne. Patrzę na spływający z Klein Matterhornu lodowiec. Nawet w środku lata można na nim jeździć na nartach. W lipcu i sierpniu do dyspozycji jest 21 kilometrów tras; do ich obsługi należy najwyżej w Europie położony wyciąg – orczyk dojeżdżający do wysokości 3883 m! Niestety, śniegowe pole kurczy się w niesamowitym tempie, i to mimo usilnych prób jego ratowania, między innymi przez pokrycie go folią odbijającą słoneczne promienie.
Tymczasem trzeba się skupić na tym, co koło nas i w górze. Dłuższy odpoczynek robimy przy postawionym na grani, na wysokości 4003 metrów, schronie Solvay. Dzień jest tak ciepły, że w skromnym budyneczku zostawiam niepotrzebne ciuchy. Przy okazji krótkiej przerwy na herbatę przypominam sobie słynną historię z Reinholdem Messnerem, którego mniej więcej w tym miejscu postanowiono „wkręcić” w ramach programu typu „Mamy cię!”. Kiedy słynny himalaista, wspinając się na Matta, doszedł do grani, ku swojemu zaskoczeniu został powitany przez miłego, eleganckiego pana w muszce, obsługującego... kiosk i zachwalającego to, co w nim ma – od prasy po słodycze. Na nakręconym w ukryciu filmie (do obejrzenia na YouTube) widać, jak zirytowany Messner tłumaczy, że ani kiosk, ani gazety nie należą do świata gór, na co uprzejmy kioskarz ripostuje, że jest zapotrzebowanie na taką ofertę, o czym świadczy choćby to, że Japończycy kupują u niego zegary z kukułką, i to nawet 20 dziennie. Messner obiecuje złożenie skargi u burmistrza Zermatt i zarzeka się, że jeśli kioski w górach zostaną (kioskarz wyjawił, że jest projekt stworzenia całej sieci takich kiosków na graniach), przestanie do Zermatt przyjeżdżać. Dopiero na koniec prowadzący program zdradzają Messnerowi, że kiosk postawiono za pomocą helikoptera tylko dla niego. W rzeczywistości nie ma na tej górze żadnych tego typu „atrakcji”.

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

W numerze ponadto:
- tekst Bogusława Magrela o wejściu na Matterhorn drogą klasyczną od włoskiej strony,
- rozmowa Łukasza Kaźmierczaka z Anną Czerwińską i Krystyną Palmowską o ich słynnym przejściu północnej ściany Matterhornu z 1977 r. i o zimowych zmaganiach z tym szczytem z 1978 roku,
- a także rozmowa Michała Parwy z Kacprem Tekielim, który w lutym tego roku wspólnie z Adamem Bieleckim i Jackiem Czechem pokonał Drogę Schmidów na północnej ścianie Matterhornu.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też