Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Sardynia

Rally di Sardegna

NPM 9/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Lebiedzik
Autor tekstu na ferracie Cabirol (fot. Marcin Rybak, Tomasz Lebiedzik)
Rally di Sardegna to dla moich współtowarzyszy chleb powszedni. Marcin był tutaj 10 razy, Kasia cztery, Kuba dwa... Ja planuję być po raz pierwszy, jeżeli pudło Ryanaira jakoś się dotelepie...

Pomysł na ten wyjazd pojawił się w naszych głowach na krótko przed rajdem. Cel był następujący: wykonać robotę fotograficzną na rajdzie, a resztę czasu maksymalnie wykorzystać na szeroko pojętą turystykę pieszą.
Po odebraniu samochodu z lotniskowej wypożyczalni robimy szybkie zakupy: naszym łupem padają włoskie wędliny, sery, bagietki i oczywiście tiramisu. No i lody. Te prawdziwe, z kawałkami pistacji albo kawałkami czekolady... Generalnie wszystkie lody we Włoszech (tylko nie mówicie Sardyńczykom, że powiedziałem tak o Sardynii!) są z kawałkami czegoś. Pycha!
Pierwszy postój to Tharros z ruinami zamku. Żwirowa plaża i kolor morza, który hipnotyzuje. Liczyliśmy na zachód słońca, ale chmury pozbawiają nas złudzeń. Wieje i temperatura nie nastraja urlopowo. Ruszamy do Cala Gonone
– nadmorskiego miasteczka nad zatoką Goolfo Orosei. Tam spędzimy dzisiejszą noc. Na miejsce docieramy prawie po ciemku. Kilka zaparkowanych na poboczu kamperów mówi nam, że wybraliśmy właściwie. Marcin z Kasią i Kuba rozbijają namioty. Ja wybieram dach z gwiazd. Kładąc się spać na przydrożnej ławce, wsłuchuję się w odgłos fal rozbijających się o skały 100 metrów niżej. Przedsmak jutra...

Nurkowspinacze
O 5.30 chmury wiszą dość nisko, więc widok tymczasem mam raczej przeciętny. Godzinę później wstaję prawdziwie już zmęczony leżeniem. Ubieram się szybko i ruszam na samotny spacer. Schodzę do wąwozu, którego kamienista plaża i okalające ją skały są celem naszej dzisiejszej wycieczki. Po drodze badam jakość i różnorodność dróg wspinaczkowych. Wszystkie ubezpieczone, wszystkie położone w malowniczych lokalizacjach i, co najważniejsze, wszystkie oznaczone oraz opisane na mapie u wejścia do wąwozu. Wracam obudzić resztę towarzystwa. Robimy zakupy, pijemy kawę na tarasie przytulnego hoteliku przy plaży i wracamy na miejsce swojego noclegu. Liczba samochodów przy drodze w czasie naszej godzinnej nieobecności zwiększyła się
10-krotnie. Pakujemy wszystkie potrzebne nurkowspinaczom rzeczy: uprzęże, buty, stroje kąpielowe, linę, płetwy, ekspresy, maski z fajkami, kamery, aparaty, no i oczywiście żarcie, i ruszamy na plażę. Trzeba jeszcze znaleźć dogodne miejsce na dzisiejszy dzień. Resztki betonowego molo służą nam za stół śniadaniowy. Po wtłoczeniu w siebie monstrualnych bagietek z mortadelą (która we Włoszech jest naprawdę zacna) przenosimy się kawałek w lewo, w „dzikość i odludność”, i chowamy się przed widokiem z plaży. Kasia z Kubą zażywają kąpieli słonecznej, a my z Marcinem od razu zaczynamy łoić dwie pobliskie drogi. Jak się okazuje, nieco przekraczające nasze umiejętności. Przez większą część dnia nie jesteśmy w stanie wybrać, czy wolimy się wspinać czy nurkować, więc robimy na przemian i jedno, i drugie. Wczesnym popołudniem żegnamy Cala Gonone i kierujemy się w stronę Capo Testa, najdalej na północ wysuniętemu punktowi Sardynii. Chcemy tam zrobić nocne zdjęcia wspinaczkowe.
Samochód zostaje na parkingu, a my jesteśmy zmuszeni do pokonania dalszej drogi pieszo. Marcin oznajmia, że noc spędzę w najładniejszym miejscu, w jakim dane mi było spać, a ponieważ Marcin wie, w jakich miejscach dane mi było spać, z niecierpliwością oczekuję celu naszej wędrówki. Idziemy udeptaną ścieżką, która doprowadza nas do pięknego punktu widokowego, pozwalającego ogarnąć wzrokiem większą część rozłożonego pod naszymi stopami cypla. Mój kolega znika w labiryncie księżycowych skał, a ja, bez słowa, tak jak reszta ekipy, podążam jego śladem. Ścieżka jest nie do znalezienia dla niewprawnego oka, dlatego się cieszę, że to nie ja muszę prowadzić. Miejsce, do którego trafiamy, to niewielki płaskowyż składający się z dwóch ogromnych, kamiennych płyt. Od strony lądu osłonięty skałą wysoką na 15 metrów i wystający nieco w morze stanowi wręcz wymarzone pole namiotowe. Rozbijamy się pod skałą, jemy kolację, do której dołącza rum z colą, i zabieramy się do robienia zdjęć. Kładąc się spać, nie zapinam wejścia do namiotu. Kolejna noc z gwiazdami nad głową. Takie niebo widuję czasami w Tatrach. Ech, gdyby tak na chwilę do Zośki, do Roztoki na pierogi... No ale nie ma co narzekać. Tutaj też nie jest źle...


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też