Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Gorgany

Psia Ukraina

Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Gabriela i Micha Koc
I co z tego, że ładnie, jak nigdzie nie ma patyków?! (fot. Gabriela i Michał Koc)
Długo myślałem o tym, jak ten artykuł ma wyglądać. Wiele już napisano relacji z wyjazdów do Ukrainy: w góry, niziny, na półwyspy, rzekami, piechotą, morzem, rowerem... Natomiast z psiego punktu widzenia chyba żadnej. A dla psa mało istotne jest to, ile jaka góra ma metrów, jak się nazywa, ile rzek przekroczyliśmy czy którą dokładnie trasę obraliśmy.

Nie ukrywam – towarzystwo psa modyfikuje plany. Niewątpliwie nasz czworonóg nie będzie szczęśliwy na via ferracie, zwisając na linie parę metrów pod nami, czy też będąc zadeptywanym przez wycieczkowiczów na Kasprowym, o krupówkowym ekstremum już nie wspomnę! Tak samo bieganie po stoku za narciarzem może mu nie sprawiać takiej frajdy, jak za piłką, a zwiedzanie muzeów nie wpłynie znacząco na jego postrzeganie sztuki i wrażliwość na otoczenie. Postanowiliśmy zatem zawrzeć tu opisy zdarzeń, które nigdy nie zaistniałyby albo wyglądałyby zupełnie inaczej, gdyby nie Ika – podrabiany owczarek belgijski z wrocławskiego schroniska.

Przemytnik idealny
Jest to ten etap, który tygrysy, znaczy psy, lubią zdecydowanie najmniej. Zresztą kto by chciał być przewożony pomiędzy nogami, bagażami, siedzeniami, klatkami ze zwierzętami, w natłoku dziwacznych zapachów, czasem w kurzu, upale i hałasie. A dodatkowo, pośrodku trzeba zahaczyć o przejście graniczne. Mało osób wie, że mamy za towarzyszkę idealną przemytniczkę. Nasze plecaki wielokrotnie bywały przetrzepywane w poszukiwaniu kontrabandy, natomiast Ika zwykle stała w tych sytuacjach z boku z wypchanymi jukami, z miną niewiniątka. Zresztą pies z własnym bagażem to widok tak niecodzienny, że jego paszport potrafi być sprawdzany przez całą zmianę celników z minami tak fachowymi, jakby przez granicę tylko i wyłącznie przechodziły psy. Ale takie zainteresowanie ma też swoje dobre strony, bo widok tak „ekstrawaganckich” turystów często skłania do pomocy. Zdarzało się, że celnik sam upychał nas do odprawianego samochodu, mówiąc kierowcy, gdzie ma nas zawieźć.
Tym razem jednak jest inaczej. Jedziemy z Gabi i Iką zwykłymi rejsowymi marszrutkami kombinowaną trasą, w związku z czym docieramy do Kałusza dopiero o godzinie 16, czyli dwie godziny po odjeździe ostatniego autobusu do Osmołody. Jesteśmy wściekli, bo przez splot różnych okoliczności zostajemy bez dojazdu do Łysego, naszego znajomego, który od wczesnego rana kwitnie i prawdopodobnie zapija się z tęsknoty na biwaku nieopodal wsi. Na szczęście – jak głosi starożytna mądrość – każde strapienie ma swego wybawcę, tak więc znikąd pojawia się właściciel czerwonej łady, który za 350 hrywien oferuje nam transport. Targujemy się dzielnie, mając na względzie swoje niewesołe położenie. W efekcie udaje nam się zejść do 250, co jest nadal kwotą słoną, ale kierowca również wie, że innego wyboru nie mamy.
Nasz szofer dopiero po dobiciu targu orientuje się na dworcowej mapie, gdzie właściwie ma jechać, a my w tym samym czasie zajmujemy miejsce w jego „maszinu”. Ika sadowi się częściowo na Gabi, częściowo pomiędzy mną a kierowcą i rozpoczynamy naszą odyseję. Droga wyglądem przypomina wojenną, a szofer gna 50 km/h dzikim slalomem pomiędzy dziurami, nielicznymi kawałkami asfaltu, ostrymi zakrętami, barierkami, rowami i rzeką. W momencie gdy na drodze pojawia się stado krów, łada hamując, wpada w takie dziury, że słyszymy zgrzyt metalu o drogę, głuche uderzenia mojej głowy o dach oraz liczne trójstopniowe przekleństwa spomiędzy zaciśniętych zębów szofera. Zwalniamy, a przepędzane klaksonem zwierzęta jedynie ocierają się o lusterka i karoserię. Po chwili znów gnamy z obłąkańczą prędkością. Podobna sytuacja powtarza się jeszcze dwukrotnie. Na szczęście docieramy w jednym kawałku do dobrze nam znanej Osmołody, gdzie tuż za rzeką czeka – o dziwo – trzeźwy, ale mocno wynudzony Łysy. Ika, gdy tylko wydostaje się z samochodu, biegnie natychmiast do rzeki, aby wymoczyć się w jej nurtach w ramach rekompensaty za niewygody. Zresztą za każdym razem, gdy jest gorąco, musimy bardzo uważać na Ikę. Powód? Każda chwila naszej nieuwagi jest przez nią bezwzględnie wykorzystywana, by położyć się w czymś mokrym – obojętnie, czy jest w tym więcej wody, czy błota. A mokry i/lub brudny pies niekoniecznie jest mile widziany w marszrutce (czemu zresztą trudno się dziwić). Jednak w takich chwilach, jak ta w Osmołodzie, psina korzysta z wody w ramach zsumowanej gratyfikacji.
Następnego dnia z rana Ika budzi nas, zaniepokojona czymś, co dzieje się w pobliżu namiotów, po czym od razu znika na rekonesans. Chwilę później do reszty rozbudzają nas wesołe poszczekiwania dwóch psów, dobiegające zza namiotu Łysego – najpierw pojawia się radosna Ikusza, ścigana przez młodego wilczka, a po chwili następuje zmiana gonionego na goniącego. Wołamy Łysego, który – jak to miewa w zwyczaju – wstaje dość dostojnie i dołącza do wspólnego podziwiania zabawy.
– Ej, on ma obrożę – słusznie zauważa Gabi.
– Ej, to on może nie jest dziki... – dopowiadam jeszcze bardziej błyskotliwie.
Okazuje się, że Ika wyczuła psa ratownika górskiego, którego rok wcześniej poznaliśmy w miejscowym barze. Zostaliśmy wtedy z Łysym wysłani na „szybkie” zakupy, ale niespodziewanie nawiązana znajomość sprawiła, że do obozu wróciliśmy po pięciu godzinach barringu (lokalna odmiana clubbingu) z miejscową klasą mniej lub bardziej pracującą. Bardzo miło jest odświeżyć tę znajomość.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Gorgany, Świdowiec i inne pasma ukraińskich Karpat Wschodnich

Zobacz też